Fot. Maciej Domański

Irena Rej

Honorowa Nagroda Zaufania Złoty OTIS 2018 w dziedzinie farmacji

Rozmowa z Ireną Rej, prezes Izby Gospodarczej Farmacja Polska

Udało się Pani coś, czego nie udało się chyba nikomu: stworzyć organizację, w której znajdują się firmy na co dzień ze sobą konkurujące. Jak to możliwe?

Izba Gospodarcza Farmacja Polska istnieje już 25 lat. To była próba stworzenia czegoś, co można nazwać dialogiem społecznym. Następowała wtedy totalna rewolucja: prywatyzacja rynku farmaceutycznego. Nikt nie wiedział, jak będzie. Żeby uniknąć chodzenia każdej firmy do Ministerstwa Zdrowia, GIF, zdecydowaliśmy się powołać organizację, która spróbuje zjednoczyć wszystkie firmy we wspólnym działaniu. Wspominam ten okres z sentymentem: wszyscy się wówczas jednoczyliśmy, nikt dla nikogo nie był wrogiem. Dziś konkurencja jest bardziej drapieżna i bezwzględna, wtedy konkurowaliśmy, ale chcieliśmy też sobie wzajemnie pomagać. To była społeczna akcja: możemy razem zrobić to, o czym od dawna marzyliśmy – żeby ludzie mieli lepszy dostęp do leków, żeby dostawy nie przyjeżdżały raz na miesiąc.

Powstała koncepcja, żeby się zorganizować w grupę. Nazwaliśmy ją szumnie Farmacja Polska ponieważ przychodziły do nas różne osoby, przede wszystkim z hurtowni farmaceutycznych, a później także firmy farmaceutyczne, które też miały kłopoty komunikacyjne z resortem zdrowia. Wszyscy się bali, że wejdzie prawo o dziwnej nazwie „prawo farmaceutyczne” i nikt nie wiedział, jak się w tym odnajdziemy. Ta samopomoc legła u podstaw powołania izby. Odbywały się wtedy w Pałacu Kultury targi „Lek w Polsce”, mogliśmy wystawiać wszystkie leki, przychodzili aptekarze, hurtownicy. Tam powstał pomysł stworzenia izby. Walne zgromadzenie uchwaliło, że Izbę trzeba ją zarejestrować, wybrało zarząd, radę nadzorczą. Od samego początku byłam jej prezesem.

Czym dzisiaj jest Izba Gospodarcza?

W ubiegłym roku obchodziliśmy 25 lat istnienia. Izba jest dziś instytucją o ugruntowanej pozycji. Naszym hasłem było, że działamy tam, gdzie trudno jest coś załatwić pojedynczym podmiotom. Załatwiamy sprawy nie tylko systemowe, ale również sprawy poszczególnych firm. Staraliśmy się być pomostem między zewnętrznymi siłami a środowiskiem farmaceutycznym. To był dialog, przekonywaliśmy, mówiliśmy, prosiliśmy. Nigdy nie padało słowo, że my czegoś żądamy. Dziś też tak jest. Nie jesteśmy organizacją, która walczy. Jesteśmy organizacją, która stara się rozmawiać, dyskutować, negocjować.

Są u nas firmy innowacyjne, generyczne, przedstawiciele hurtowni farmaceutycznych, a także firmy działające na rzecz farmacji: doradcze, konsultingowe, szkoleniowe. Pojawiały się wątpliwości, czy to dobrze, że Izba zrzesza firmy o odmiennych interesach, ja jednak wychodziłam z założenia, że interes nie jest odmienny. Mottem naszego działania było to, że lek nie jest ani dla producenta, ani dla hurtownika, ani dla aptekarza, tylko dla pacjenta. A jeżeli lek ma być dla pacjenta, to musimy jako branża się konsolidować, żeby stworzyć takie warunki, by pacjent miał lek dostępny, w odpowiedniej cenie. Każdy z nas oczywiście prowadzi działalność gospodarczą, musi zarabiać, a nie przynosić straty firmie, staraliśmy się jednak robić wszystko, żeby leki były jak najtańsze dla pacjenta.

Jest wolny rynek, jeżeli chodzi o leki bez recepty czy nierefundowane: tu jest gra rynkowa, konkurencyjność. Zawsze jednak staraliśmy się wpajać środowisku przekonanie, że nie można wprowadzać leku na rynek za wszelką cenę, łamiąc normy etyczne. Jako izba nie podpisywaliśmy kodeksu etyki. Wychodzę z założenia, że gdy ktoś jest przyzwoity, to kodeks nie jest mu potrzebny, zresztą jeśli ktoś podpisze kodeks, to też może go łamać. Ja mam kodeks etyki w sobie. Jako izba, zarząd, rada nadzorcza patrzymy na to, co się dzieje na rynku. Jeśli widzimy, że coś jest nie tak, rozmawiamy z naszymi kolegami, żeby zmienili sposób działania.

Przywołujecie firmy do porządku?

Jeśli słyszymy, że jest problem, to umawiamy się z przedstawicielami firmy i rozmawiamy. Zawsze szukaliśmy drogi do rozwiązania sprawy. Nikogo nie karaliśmy, nie wyrzucaliśmy. Naszym zadaniem jest pomoc, a nie krytyka. Podobnie jeśli chodzi o decydentów. Przez 25 lat istnienia izby spotykaliśmy się z 39 ministrami zdrowia.

Przez te lata było aż 39 ministrów?

Tak. Gdy robiliśmy podsumowanie 25-lecia istnienia izby to nie mogliśmy uwierzyć, że w jednym roku było np. czterech ministrów zdrowia! Z każdym staraliśmy się mieć dobre relacje. Nigdy ze strony izby nie było publicznej krytyki, na łamach prasy. Staraliśmy się rozwiązywać problemy na poziomie rozmów.

Uczestniczymy też w spotkaniach komisji sejmowych, udawało się nam wypracowywać wspólne stanowisko. Podkreślaliśmy, że warto z nami rozmawiać, jako z ekspertami, czy dany zapis jest realny, czy nie. Gdy np. weszły przepisy odnośnie do dobrej praktyki hurtownianej, okazało się, że firmy muszą ponosić ogromne nakłady finansowe, żeby sprostać wymaganiom tam zapisanym. Poprosiliśmy wtedy Główny Inspektorat Farmaceutyczny jeszcze raz o możliwość przedstawienia naszych racji, pokazania bezsensowności niektórych zapisów. Dopiero gdy jeden z ówczesnych wiceministrów wszedł do hurtowni farmaceutycznej, przekonał się o bezsensowności tych przepisów. Udało nam się to wytłumaczyć i doprowadzić do zmian. Myślę, że to jest właśnie ta nasza rola – osób informujących w rzetelny sposób o branży – nie poszukiwanie tego, jak obejść prawo, tylko jak je stworzyć, by było realne.
Przy jednym stole siedzą firmy generyczne i innowacyjne, dogadujemy się.

To niezwykłe, że udaje się połączyć tak różne podmioty.

Życie wielokrotnie pokazało, że partykularne podejście do rozwiązywania interesów kończy się tym, że nikt nie zyskuje, a wszyscy tracą. Może nadszedł czas, kiedy ludzie zaczną myśleć, że nie są sami na bezludnej wyspie? Trzeba np. uwzględnić fakt, że ktoś, kto włożył dużo pieniędzy w lek innowacyjny, ma prawo do ochrony patentowej. Szanujmy pacjentów. Na tym polega etyka biznesu. Można i trzeba zarabiać pieniądze, ale nie za wszelką cenę.

Zapytałabym, o co w tej chwili walczycie, ale ponieważ powiedziała Pani, że zmiany staracie się raczej się negocjować, to zapytam: o co obecnie najbardziej się staracie?

Kluczowym problemem jest obecnie odnawianie decyzji refundacyjnych po pięciu latach. To ogromna praca, wyzwanie zarówno dla firm, jak i dla ministerstwa. Jest ponad 4 tysiące wniosków, które muszą być rozpatrzone: firma musi przyjść, przeprowadzić negocjacje itd. To może się udać, jeśli negocjacje będą odbywały się na takiej zasadzie, że już na wstępie zostanie przedstawiona realna propozycja. Jeżeli będzie tak, jak przy poprzednich negocjacjach, gdy ministerstwo od razu chciało obniżyć cenę leku o 80 proc., to może to być ogromny problem. Wszyscy wiemy, że muszą być obniżki. Tylko proszę pamiętać, że przez 5 lat funkcjonowały listy refundacyjne, zmieniały się limity, a w związku z tym zmieniały się też ceny leków. Teraz też firmy są skłonne do negocjacji, jednak stwierdzenie, że ma to być 80 proc. obniżki, właściwie eliminuje negocjacje. Strony się rozchodzą i muszą się spotkać po raz drugi, a mamy 4 tysiące wniosków. Jeśli w sprawie każdego trzeba będzie spotykać się trzy razy, to mamy 12 tysięcy spotkań. Jakimi siłami i w jakim czasie jest to możliwe do wykonania? Pracujemy nad tym, żeby firmy przygotowały propozycje, ale z drugiej strony apelujemy, żeby ministerstwo nie wychodziło z takimi propozycjami z kosmosu.

Pod koniec drugiego kwartału mają być znane założenia polityki lekowej. Jednak czy ktoś do tej pory zapytał branżę farmaceutyczną, jakie założenia polityki lekowej my byśmy chcieli zaproponować? Nie. Będę pytać ministra zdrowia, czy pan minister w ramach dialogu, jaki obiecuje – za co bardzo jesteśmy wdzięczni – zdecyduje się powiedzieć: „Macie prawo, piszcie, jakie założenia chcecie wprowadzić do polityki lekowej”. Nie chcemy oceniać gotowego projektu, pro forma poddawanego konsultacjom, a potem usłyszeć, że już nic nie da się zrobić. My jesteśmy bardzo specjalistyczną grupą, w związku z tym dobrze jest nas zapytać o pewne sprawy, a potem wyciągać wnioski.

Mam wrażenie, że ta zgodność, którą udało się wypracować w izbie, była możliwa dzięki Pani cechom charakteru.

Na pewno staram się nadawać Izbie swoje piętno. Jestem wychowana w innych czasach. Od zawsze uczyłam się współpracy z ludźmi, jestem zawsze uśmiechnięta.

Z wykształcenia jest Pani psychologiem. Jak to się stało, że weszła Pani w farmację?

Zawsze chciałam iść na medycynę. Interesowały mnie zjawiska biologiczne i chemiczne. Nie zdecydowałam się jednak na studia medyczne, w ostatniej chwili wybrałam psychologię. Zaczęłam specjalizować się w psychologii klinicznej i psychologii pracy. Pisałam pracę magisterską o psychologicznych przyczynach wypadków drogowych. To bardzo ciekawe – z badań wynikało, że nie nadmierna prędkość czy zmęczenie kierowcy decyduje o wypadku, tylko w dużej mierze osobowość kierowcy. Zaczęłam pracę w pracowni badań kierowców. Potem jednak dowiedziałam się, że mała firma szwajcarska szuka osoby, która mogłaby być jej przedstawicielem. Tak wpadłam w sidła farmacji.

Wykształcenie psychologa pomaga konsolidować osoby z różnych firm i współpracować z ministerstwem?

Kontakty z ludźmi pomagają. Nie mam lęku, gdy idę np. na rozmowę z ministrem. Poza tym wszyscy, którzy mnie znają, o tym wiedzą – że mam, jak to się mówi, niewyparzoną gębę. Gdy ktoś powie coś złośliwego, potrafię odpowiedzieć. Wiele osób już się nauczyło, że jestem bardzo grzeczna, ale jak trzeba, to przyłożę. Jeden z byłych wiceministrów doświadczył tego osobiście. Kiedyś zachował się nieetycznie, powiedziałam wtedy krótko, że proszę go z życzliwości, żeby nie jechał po bandzie, bo z bandy łatwo wylecieć, a on robi wszystko, żeby pracę szybciej stracić, niż ją zyskał. Odpowiedział, że to nie ja powoływałam go na stanowisko. Odrzekłam: „Ale nie wiadomo, kto będzie pana odwoływał”. Nie przyczyniłam się do tego, że stracił stanowisko, ale gdy tak się stało, pomyślałam: „I jak ty się teraz czujesz?”. Długo potem szukał pracy, nikt nie chciał go zatrudnić, każdy pamiętał, jak się zachowywał, gdy był u szczytów władzy.
Zawsze mówię: „Jak idziesz do góry, to nie zapominaj, że będziesz też schodził w dół” i staram się być przyzwoita. Myślę, że to procentuje. Warto pomagać ludziom. Nie wstydzę się tego, co robiłam przez 25 lat. Mogę spojrzeć na siebie w lustrze. Moja mama zawsze mówiła: „Masz szanować innych ludzi, wtedy ludzie będą szanowali ciebie”. To bardzo ważne, żeby całe środowisko siebie nawzajem szanowało.

W biblioteczce widzę mnóstwo książek medycznych. Ma Pani ogromną wiedzę z zakresu farmacji.

Tak, wiele osób jest nawet przekonanych, że skończyłam medycynę albo farmację! Rzeczywiście, mam wiedzę, mogę przez pół godziny mówić np. o sartanach czy lekach biologicznych. Mam zasadę, że jak zaczynam coś robić, to robię to dobrze. Cały czas się dokształcam
– w zakresie farmacji, prawa. Czytam, rozmawiam z ludźmi – tego nauczyłam się w domu, w liceum Gottwalda – gdzie miałam świetnych nauczycieli. A farmacja i Izba Gospodarcza Farmacja Polska? Mogę powiedzieć tak: „Przeżywam fajną przygodę życia”.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

Irena Rej
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza