fot. archiwum prywatne

O stosowaniu narzędzi adekwatnych

Zgodnie z naukami teoretyków klasycznej ekonomii liberalnej, do prawidłowego funkcjonowania rynku wystarczy wolna gra popytu i podaży. Ona równoważy zyski dostawców i płatników, producentów i konsumentów. Funkcjonuje opisana przez Adama Smitha „niewidzialna ręka rynku”, jak żyroskop stabilizująca przeciwstawne oczekiwania.

Są jednak obszary, w których wycena dobra jest trudna, a próba jej dokonania – wątpliwa etycznie. Takim obszarem jest zdrowie. Tu ingerencja państwa jako regulatora procesów rynkowych jest zrozumiała i przez wszystkich akceptowana. Do regulacji rynku należy stosować narzędzia delikatne, jak młoteczek jubilerski, i zręcznie ich używać.

Takim właśnie zręcznym użyciem narzędzia jest, zawarty w ustawie refundacyjnej, mechanizm wymuszający obniżkę ceny leków, którym skończyła się ochrona patentowa i które mają już swoje odpowiedniki generyczne. Producent leku generycznego, będącego pierwszym odpowiednikiem, może wprowadzić swój lek na listę leków refundowanych, o ile jego cena nie jest wyższa niż 75 proc. ceny leku oryginalnego. Producent chętnie na to przystanie – nie ponosząc kosztów badań nad stworzeniem cząstki, może zadowolić się niższą ceną, nadal zapewniającą dochodowość. Każdy kolejny podmiot wprowadzający swój lek generyczny może wprowadzić go w cenie nie wyższej niż najtańszy odpowiednik.

Jest to działanie finezyjne, które jedynie przyspiesza naturalny proces, w którym ceny będą się obniżać w miarę pojawiania się kolejnych leków generycznych. Przy stałym popycie zwiększenie podaży zawsze skutkuje obniżeniem ceny. To zapewnia znaczące obniżenie wydatków płatnika poprzez obniżenie ceny.

Niestety, w ustawie refundacyjnej pojawia się także proteza tego mechanizmu, która wygląda jak użycie młota kowalskiego stosowanego do stworzenia jajka Fabergé’a. Zgodnie z nią producent jest zobowiązany do obniżenia ceny o 25 proc. w momencie, gdy mija 10 lat (w szczególnym przypadku 11) od pierwszej decyzji rejestracyjnej. Jest to uzasadniane wygaśnięciem tzw. wyłączności rynkowej leku. Ma to miejsce w chwili, gdy lek posiada ochronę patentową, a więc żaden lek generyczny nie może się pojawić w obrocie. W ten sposób ustawodawca chce wymusić działanie, które z ekonomicznego punktu widzenia nie ma swojego uzasadnienia, a jedyny interes, jaki za tym stoi, to interes płatnika.

Nakaz obniżki ceny uderza w producenta leku. Obniża dochodowość leku na rynku polskim, a także wpływa na obniżenie ceny leku na rynkach europejskich poprzez system cen referencyjnych. A tym samym, może znacząco obniżyć wpływy pochodzące ze sprzedaży leku. Sposobem uniknięcia obniżenia ceny leku w innych krajach może być wycofanie leku z listy refundacyjnej w Polsce. Odpłatność za lek wzrasta na tyle znacząco, że lek może być niedostępny dla pacjenta.

Z drugiej strony, obniżka ceny leku na polskim rynku daje mocny impuls wywozowy w ramach eksportu równoległego. Takie działanie uderza we wszystkich interesariuszy: w pacjentów – ograniczając dostęp do wywożonego leku, w producentów – ograniczając potencjalne zyski w innych krajach UE, a także w płatnika, który nie jest w stanie zapewnić pacjentom w Polsce dostępu do refundowanych terapii.

Trzeba uznać, że w momencie, gdy dobro budżetu płatnika stoi w jawnej sprzeczności z dobrem pacjentów, forsowanie przez płatnika zapisanych w ustawie refundacyjnej rozwiązań dotyczących wyłączności rynkowej jest przykładem spektakularnego wejścia na ustawione przez siebie grabie. Krokiem defiladowym!

Rozwiązanie problemu jest proste, łatwe i nie uderza w żadnego z interesariuszy. Wystarczy w noweli ustawy refundacyjnej odstąpić od obowiązku obniżenia ceny w momencie wygaśnięcia „wyłączności rynkowej”. A młoteczek jubilerski oraz rynek zadziałają same, bez dodatkowej pomocy. Dajmy działać naturze…

Leszek Stabrawa

O stosowaniu narzędzi adekwatnych
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza