Rajmund Miller
Fot. Archiwum MEDIA TV PLUS

Polityka powinna trzymać się jak najdalej od kwestii ochrony zdrowia

Rozmowa z posłem Rajmundem Millerem (Platforma Obywatelska), lekarzem, z cyklu „Konstruktywni w opozycji”.

Zacznijmy od kija i marchewki. Czy jest możliwa konstruktywna opozycja w parlamentarnej pracy nad systemem ochrony zdrowia?

Naturalnie. Jeżeli rząd przeczyta i przemyśli to, co zaraz powiem.

To kij, a marchewka?

Moim zdaniem, rolą konstruktywnej opozycji jest podsuwanie spójnych i merytorycznych rozwiązań. Ja tak robię.

Jakie obszary ochrony zdrowia mogą i powinny być wyłączone z dyskusji politycznej?

Właściwie prawie cała ochrona zdrowia, bez wyróżniania jej poszczególnych obszarów. To jest interes społeczny, to jest zdrowie naszego społeczeństwa i polityka powinna się trzymać jak najdalej od kwestii ochrony zdrowia.

Dlaczego zainteresował się Pan problemem otyłości?

Zainteresowałem się tym problemem ponad sześć lat temu, kiedy po raz pierwszy zacząłem pracować w parlamentarnej Komisji Zdrowia. Podczas jednego ze sprawozdań z działalności Ministerstwa Zdrowia i informacji o problemach zdrowia publicznego został poruszony problem otyłości i jej skutków. Po zapoznaniu się z metodami walki z otyłością, wysokością przeznaczanych środków i skutkami dla społeczeństwa, zacząłem gruntownie przeglądać dostępną literaturę i dane statystyczne dotyczące tego problemu, zarówno w Polsce, jak i na świecie.

Czy wcześniej polska ochrona zdrowia zajmowała się problemem otyłości? Mam wrażenie, że nie.

Otyłość bywała tematem dyskusji, jako jeden z problemów zdrowia publicznego. Zapewne nikt nie uświadamiał sobie skali zagrożenia, które błyskawicznie narastało proporcjonalnie do wzrostu stopy życiowej. Jako pierwszy doszedłem do wniosku, że skutki otyłości stanowią tak duży problem, nie tylko zdrowotny, ale i ekonomiczny, że czas najwyższy poprawić organizację systemu zapobiegania i leczenia otyłości w Polsce.

Choćby po to, żeby zminimalizować wydatki na leczenie skutków otyłości?

Takich jak cukrzyca typu 2, choroby układu krążenia czy choroby układu kostno-stawowego. Oszczędności można by przeznaczyć na ochronę zdrowia w innych dziedzinach, np. w onkologii.

Które punkty stworzonej przez Pana ustawy, są najważniejsze?

Priorytetem jest zapobieganie otyłości wśród dzieci i młodzieży. W trakcie prac nad ustawą analizowaliśmy m.in. żywienie w szkołach i dostrzegliśmy nadmiar niezdrowych produktów w sklepikach szkolnych. W ustawie staraliśmy się wyeliminować niezdrowe jedzenie w środowisku szkolnym.

I powiodło się?

Niestety nie do końca. Ta ustawa powinna być realizowana jednocześnie z programem darmowego zdrowego posiłku dla wszystkich dzieci w szkołach. To się nie udało. Zabrakło decyzji rządu o przeznaczeniu środków finansowych na obiady dla każdego ucznia.

Czy to aż tak ważne?

Jeżeli się jedno zabiera, w tym przypadku niezdrowe produkty spożywcze, najchętniej zresztą kupowane w sklepikach szkolnych, trzeba w to miejsce zaoferować coś innego, smacznego i dobrego. Gdyby do szkół weszły zdrowe i dobrze zbilansowane darmowe posiłki, mogliśmy uniknąć problemów ze sklepikami. Wystarczyło sięgnąć po jadłospisy przygotowane przez Instytut Żywienia i Żywności.

Ale ile by to kosztowało?

Niewiele ponad miliard złotych rocznie (według wyliczeń MEN). Uważałem i nadal uważam, że państwo na to stać. Potrzebne byłyby jeszcze zmiany organizacyjne, takie jak przedłużenie przerwy obiadowej czy dostosowanie pomieszczeń, ale to zależy tylko od sprawności organizacyjnej samorządów.

Wysiłki na rzecz propagowania zdrowego żywienia mają już wymiar globalny. Prezydent Donald Trump usiłuje wprowadzić zdrową żywność do szkół publicznych w Stanach Zjednoczonych, ale wiem od znajomych, że od sierpnia w niektórych miejscach skończyło się na zapowiedziach i rozczarowaniu uczniów.

Wprowadzenie zdrowego żywienia do szkół jest bardzo trudne do zrealizowania wszędzie na świecie. Ale to nie znaczy, że nie powinniśmy tego próbować, ze względu na społeczną wagę problemu. WHO uznało otyłość za bardzo poważny problem zdrowotny, a Komisja Europejska uznała otyłość za epidemię. Niestety Polska zaczyna doganiać kraje z największą liczbą osób otyłych.

Jaki jest Pana program na skuteczną walkę z otyłością?

Moim zdaniem, w każdej szkole powinien być zatrudniony dietetyk, którego zadaniem byłoby przekazywanie wiedzy o zdrowym żywieniu dzieciom i rodzicom. Dietetyk mógłby również brać udział w kontroli szkolnych posiłków. Pielęgniarka szkolna, podczas cyklicznych pomiarów, miałaby obowiązek obliczyć wskaźnik BMI ucznia i przy przekroczonym wskaźniku powiadomić wychowawcę klasy, a on zaprosić rodziców na rozmowę z dietetykiem. Jednocześnie powinno być wystawione skierowanie do lekarza, żeby ustalił, czym spowodowana jest otyłość u dziecka. Pediatra, po stwierdzeniu, że nie jest to choroba organiczna, kierowałby dziecko do specjalistycznej poradni, w której pracowałby zespół specjalistów, czyli lekarz, psycholog, dietetyk i być może fizjoterapeuta.

Tak w skrócie brzmi moja propozycja: współpraca wielu podmiotów, a nie wyłącznie działania POZ, do czego dziś dąży Ministerstwo Zdrowia.

Chciałby Pan powołać lokalne, specjalistyczne poradnie, zajmujące się leczeniem otyłości?

Tak. Uważam, że powinna powstać sieć takich przychodni. Natomiast w miastach wojewódzkich jako uzupełnienie powinny działać poradnie obezytologiczno-bariatryczne dla pacjentów, z których leczeniem nie radzą sobie poradnie powiatowe. Stworzenie jednego, krajowego programu zapobiegania i leczenia otyłości przyniosłoby olbrzymie oszczędności w systemie ochrony zdrowia w Polsce. Ale nie w oparciu o POZ. To powiatowe poradnie leczące otyłość powinny objąć opieką zarówno dorosłych, jak i dzieci. Mam opracowany kompleksowy program przeciwdziałania i leczenia otyłości – od zadań dla rządu i ministerstw aż po organizacje pozarządowe.

Rozmawiał Paweł Kruś

Polityka powinna trzymać się jak najdalej od kwestii ochrony zdrowia
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza