Józef Drzeworski
FOT. Włodzimierz Wasyluk/EAST NEWS

Prof. dr hab. Józef Drzewoski – Lubię wyznaczać sobie cele

O pasji do koszykówki, karteczce w drzwiach, która zadecydowała o wyborze drogi zawodowej, kieszonkowych książeczkach dla lekarzy na dyżurach i „biblii” dla diabetologów – opowiada prof. dr hab. Józef Drzewoski, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Farmakologii Klinicznej UM w Łodzi.

Panie Profesorze, jak to się stało, że został Pan lekarzem i skąd taki wybór specjalizacji: farmakologia kliniczna, choroby wewnętrzne, diabetologia?

Jeśli chodzi o wybór medycyny, to żadnego innego wyboru w życiu nie widziałem. Zawsze marzyłem o tym, żeby zostać lekarzem. Nie wiem, co tak naprawdę do tego mnie skłoniło – myślę, że podziw dla człowieka, który niesie pomoc drugiemu człowiekowi. Nigdy nie marzyłem, by być strażakiem, lotnikiem czy marynarzem. Od początku byłem nakierowany na medycynę, jestem szczęśliwy, że ją skończyłem i płynę na tym statku aż do tej pory. Miałem sukcesy i porażki, ale najważniejsza jest satysfakcja, że można komuś pomóc. Z tego czerpie się radość.
Lubię wyznaczać sobie cel, a jak uda mi się go zrealizować, to obieram następny. Łatwiej wejść na Mount Everest w etapach niż za jednym razem.

Skoro mówi Pan o celach, to jakie sobie Pan stawiał?

Najpierw zdać maturę, która pozwoliła mi przystąpić do egzaminów na medycynę, potem dostać się na medycynę z bardzo dobrym wynikiem, potem ją ukończyć. Nie było to takie proste, bo w tym czasie uprawiałem zawodowo sport. Grałem w koszykówkę – w drugiej i w pierwszej lidze, byliśmy nawet mistrzami Polski. Jednak obie te pasje – medycynę i koszykówkę – udało mi się połączyć i ukończyłem studia lekarskie na bardzo wysokiej pozycji, co dało mi możliwość odbycia 2-letniego stażu w klinikach Akademii Medycznej.

W Łodzi?

Tak, całe swoje życie zawodowe jest związane z Łodzią. Na studiach moja mentorka, pani doktor Daniela Darżynkiewicz, zachęciła mnie do udziału w kole naukowym przy Katedrze Farmakologii. Pamiętam, badaliśmy z dwójką kolegów studentów (oboje zostali później profesorami) wpływ interakcji alkoholu z różnymi lekami, głównie z benzodiazepinami, na szczurach. Rezultaty tych badań stały się dla nas źródłem ogromnej satysfakcji, ponieważ wygraliśmy konkurs na najlepszą pracę studencką. Dzięki temu mogliśmy opublikować ją we wskazanym przez jurorów czasopiśmie naukowym. Byliśmy dumni jak pawie. Ten skromny sukces miał wpływ na naszą trójkę. Każdy z nas w kilka lat później poświęcił się pracy naukowej.

O tym, że trafiłem do Międzywydziałowej Katedry Farmakologii zadecydował przypadek i rada doktor Darżynkiwicz, abym złożył aplikację. Ponieważ sprawa była pilna, pani doktor próbowała skontaktować się ze mną, ale nie udawało się to jej przez kilka dni. Tuż po zakończeniu studiów – jakby to powiedzieć – prowadziłem intensywne życie towarzyskie świeżo upieczonego absolwenta wydziału lekarskiego. Nie mogąc się ze mną skontaktować, zostawiła kartkę w drzwiach mojego mieszkania z następującym tekstem: „Próbuję się z Tobą skontaktować, gdzie się chłopie włóczysz, szybko skontaktuj się ze mną, bo jest szansa na ciekawą pracę!”. Ogromnemu sercu i fenomenalnemu dydaktycznemu talentowi pani doktor zawdzięczam więc, że poszedłem w stronę farmakologii. Umówiłem się na spotkanie z profesorem Mieczysławem Mazurem, który wrócił z Algierii, gdzie wykładał farmakologię. Przywiózł stamtąd ideę założenia zakładu farmakologii klinicznej w Łodzi – ideę do której mnie entuzjastycznie przekonał. Z takiego wyzwania nie mogłem zrezygnować. Tym bardziej, że był to pierwszy, pionierski zakład tego typu w Polsce, budujący podwaliny pod rozwój farmakologii klinicznej w naszym kraju.

Początkowo myślałem: „Nie, ta farmakologia to okropieństwo!”. Ale wkrótce okazało się, że stała się ona fascynującą, wieloletnią przygodą. Pracownię farmakologii klinicznej usytuowano w Klinice Chorób Wewnętrznych, którą kierowała profesor Aleksandra Mazurowa – żona profesora Mazura. Stworzyło to możliwość leczenia hospitalizowanych chorych i jednocześnie prowadzenia badań farmakologiczno-klinicznych. Bardzo mi to odpowiadało. Pomyślałem: „Cóż lekarzowi jest potrzebne do szczęścia zawodowego? Po pierwsze, mieć tzw. «nosa diagnostycznego», czyli umiejętność prawidłowego rozpoznania choroby. Po drugie, po prawidłowym zdiagnozowaniu, trzeba wiedzieć, jak ją optymalnie leczyć – a tego uczy farmakologia”. Moim zdaniem, połączenie kliniki z farmakologią daje szansę, żeby zostać bardziej kompletnym lekarzem. Wydaje mi się, że to się sprawdziło także w przypadku moich kolegów, z którymi rozpocząłem pracę w tak celnie sprofilowanej przez państwa prof. Mazurów placówce.

Mówiąc o swojej karierze zawodowej, muszę podkreślić, że miałem szczęście trafić na wyjątkowych nauczycieli. Pierwszym był profesor Włodzimierz Musiał, wspaniały internista i założyciel łódzkiej szkoły kardiologii. Dzięki niemu poznałem podstawy tej dziedziny medycyny. Profesor Mazurowa nauczyła mnie interny. Z kolei profesor Euzebiusz Krykowski wprowadził mnie w tajniki hematologii. Przez wiele lat pracowałem pod jego kierunkiem w klinice, która zajmowała się diagnostyką i leczeniem chorób hematologicznych. To Ci wybitni lekarze i znakomici dydaktycy pozwolili mi się ukształtować jako specjaliście w dziedzinie chorób wewnętrznych. A potem na mojej drodze stanęła diabetologia, która stała się moją zawodową pasją.

Kardiologia, hematologia… Skąd w takim razie wzięła się diabetologia? To był przypadek?

Szansa stworzyła się na uczelni: ogłoszono konkurs na kierownictwo Kliniki Gastroenterologii i Chorób Metabolicznych. Wygrałem go i dzięki temu miałem okazję pogłębić swoją wiedzę w dziedzinie gastroenterologii. Ale nie kusiła mnie ona tak bardzo jak diabetologia, gdyż cukrzyca wydała mi się chorobą, która pozwoli mi wykorzystać to, co przekazali mi moi wspaniali nauczyciele interny, kardiologii i hematologii.

Cukrzyca sprzyja rozwojowi wielu innych chorób albo z nimi, w sposób niezależny, współwystępuje – myślę między innymi o nadciśnieniu tętniczym, niewydolności serca, chorobie wieńcowej, chorobach hematologicznych i gastrologicznych oraz niewydolności nerek. Mając solidny background internistyczny, znalazłem jednostkę chorobową, która jest „całą interną”. Wymaga wielokierunkowego postępowania diagnostycznego oraz doboru optymalnego leczenia nie tylko hiperglikemii, ale innych, współistniejących z nią patologii. Jestem przekonany, że w realizacji tego trudnego zadania pomaga doświadczenie lekarskie oraz szeroka wiedza farmakologiczno-kliniczna.

To holistyczne spojrzenie jest pomocne w przypadku cukrzycy?

Tak, jak zresztą w przypadku każdej innej choroby, zwłaszcza przewlekłej. Wiedzę w tym kluczowym elemencie postępowania lekarskiego starałem się przekazać moim współpracownikom i studentom w codziennej pracy klinicznej i działalności dydaktycznej.

Doświadczenie, które uzyskałem przez kilkadziesiąt lat swojej aktywności jako internista i diabetolog, starałem się przekazać w kilku monografiach i kilkudziesięciu artykułach opublikowanych w recenzowanych czasopismach naukowych.

Pierwsza z moich książek dotyczących cukrzycy to „Wybrane zagadnienia z patofizjologii, diagnostyki i terapii cukrzycy typu 2”. Darzę ją wielkim sentymentem. Następnie zrealizowałem pomysł wydawania serii książeczek w formie kieszonkowej. Opisałem w nich wszystkie leki doustne przeciwcukrzycowe hipoglikemizujące oraz niektóre leki hipotensyjne i gastrologiczne. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem lekarzy różnych specjalności. Mieściły się do kieszonki i gdy na dyżurze potrzebny był łyk wiedzy albo lekarz się nudził, to mógł szybko przeczytać i zapoznać się z podstawowymi właściwościami farmakologicznymi i skutecznością terapeutyczną określonego leku np. metforminy, gliklazydu, rozglitazonu, ramiprylu, koenzymu Q10 czy osmoperazolu.

Dzięki połączeniu z farmakologią wie Pan wszystko o właściwościach leków?

Nie, nie wszystko. To jest po prostu niemożliwe. Diabetologia jest rozległą, ciągle rozwijającą się dziedziną wiedzy. Wiem zatem może trochę więcej niż trochę.
Ponieważ koncentrowałem się na farmakologii klinicznej leków przeciwcukrzycowych, powstał pomysł napisania książki, która przedstawiałaby moje przemyślenia w tym obszarze. Zatytułowałem ją „Racjonalne podstawy stosowania doustnych leków przeciwcukrzycowych”.

Od 2006 roku prowadzę blog zajmujący się nowościami z diabetologii na stronie polpharma.pl. Gdy ukazuje się jakiś interesujący artykuł w renomowanych czasopismach, jak np. Diabetes Care, lub pojawia się nowe, ciekawe badanie naukowe, ja to opisuję, a następnie w komentarzu zajmuję stanowisko i zgadzam się z autorem lub nie. Staram się podejść do przedstawionej tematyki krytycznie – ale nie krytykancko.

Po 10 latach prowadzenia bloga postanowiłem opublikować moje komentarze w formie książkowej. Ze względu na ogrom materiału musiałem dokonać wyboru najbardziej moim zdaniem interesujących i kontrowersyjnych. Myślałem, że to będzie łatwe zadanie, bo przecież wszystko mam w komputerze, tylko poskładam i książka gotowa. Ale gdy zacząłem czytać artykuły i zamieszczone do nich moje komentarze, które napisałem kilka lat temu, to złapałem się za głowę. Pomyślałem „Co ja w niektórych z tych komentarzy napisałem. Przecież dzisiaj to już jest zupełnie nie tak!”.

Wiedza naukowa aż tak się zmienia?

Tak! To, co było przed jeszcze niewielu laty kontrowersyjne i niepewne, okazało się prawdą, a to, co wydawało się pewnikiem, wielokrotnie okazało się błędne. Nauka przypomina nieco karuzelę – jakiś pogląd jest raz na górze, raz na dole. Dokumentują to między innymi wspomniane „Komentarze diabetologiczne”. Muszę przyznać, że ta książka dała mi niezwykle dużo radości. Niedawno była wiosenna sesja egzaminacyjna z diabetologii. Tuż po jej zakończeniu otrzymałem najcudowniejszą recenzję mojej działalności dydaktycznej. Nie od profesorów, szacownych recenzentów, wybitnych specjalistów, ale od pani doktor (podała swoje imię i nazwisko) z Wrocławia. Napisała ona w mailu: „Pan profesor mnie nie zna, ale ja Pana Profesora znam, słucham Pana wykładów, a Pana „Komentarze Diabetologiczne” okazały się bardzo przydatne podczas egzaminu specjalizacyjnego z diabetologii”. Takiej opinii się nie spodziewałem! Do tej pory mam tego maila i chyba będę go miał zawsze.

Za ważne osiągnięcie dydaktyczne uważam „Podręczny Leksykon Diabetologiczny” – miałem okazję niedawno celebrować jego czwarte wydanie. Przed kilku laty, będąc na zjeździe ADA (Amerykańskiego Towarzystwa Diabetologicznego), zobaczyłem krótki informator dla pacjentów, w którym zdefiniowano bardzo prosto niektóre pojęcia np. co to jest cukrzyca, do czego służy glukometr itd. Pomyślałem: „Może zrobię coś takiego dla lekarzy, na trochę wyższym poziomie. Leksykon składa się z trzech zasadniczych części. W pierwszej znalazły się hasła (definicje) ułożone alfabetycznie od A do Z, np. co to jest glukoza, laktoza, aldoza, hemoglobina glikowana, albuminuria itd. W drugiej umieściłem główne wyniki kluczowych badań klinicznych. Czytelnik nie musi czytać dużego artykułu, żeby znaleźć zasadnicze dane dotyczące interesującego go zagadnienia. W trzeciej opisałem najważniejsze odkrycia związane z cukrzycą oraz krótko opisałem wybitne postacie w historii diabetologii. Wiem, że wielu lekarzy, mając możliwość szybkiego powtórzenia wiedzy, korzysta z Leksykonu przed egzaminem specjalizacyjnym. Bardzo się z tego cieszę i skłania mnie to do ciągłego poszerzania jego zawartości. Czwarte wydanie od trzeciego różni się tym, że jest o 100 stron większe i liczy blisko 400 stron. Powstała więc, mówiąc żargonem studenckim, niezła „knypa”.

A co uważa Pan za swoje największe osiągnięcie jako lekarza?

To, że mam ciągłą potrzebę niesienia pomocy drugiemu człowiekowi. To we mnie było i jestem przekonany, że będzie. Choć czasami są chwile zwątpienia – jak w każdym zawodzie. Nieraz przecież nie udało się pomóc choremu. A to bardzo boli.

Porusza mnie to, co często widzę w szpitalu: ludzkie cierpienie, beznadzieję ostatnich dni życia. Niestety, w klinice często z tym mamy do czynienia. Teraz na internie hospitalizujemy wiele osób w bardzo zaawansowanym wieku. Ostatnio, podczas obchodu, rozmawiałem o planowanych badaniach i leczeniu z 93-letnią staruszką. W pewnym momencie ta schorowana kobieta schwyciła mnie za rękę i powiedziała: „Panie doktorze, ja to się już nażyłam, proszę nic nie robić”. Jak coś takiego usłyszę i potem wrócę do domu, to nasuwają mi się gorzkie refleksje na temat ludzkiego życia.

Powtarzam często moim asystentom: „Pamiętajcie, że człowiek ma zamkniętą przestrzeń – od urodzenia do śmierci. Szanujcie ten ostatni moment życia człowieka, nie róbcie niepotrzebnych badań, niekiedy bardzo uciążliwych, sprawiających ból i cierpienie, nie prowadźcie daremnej, uporczywej farmakoterapii. Uczcie się z tego, co przekazał Jan Paweł II. W pewnym momencie poprosił sztab opiekujących się nim osób, aby pozostawiły go w spokoju. Odmówił hospitalizacji. Bo życie to jest tak jak ta księga na trumnie papieża. Podmuchy wiatru przewracały kolejne jej strony, aż do ostatniej. Księga zamknęła się – niczym odchodzące życie.

Panie Profesorze, mówił Pan, że zawsze stawia sobie Pan cele. Jaki teraz przed Panem?

Jaki mam cel? Czuję się trochę jak Adam Małysz, który w pewnym momencie powiedział: „Jestem dwukrotnym mistrzem świata, czas odejść” i zająć się czymś innym, co da mi satysfakcję. I ja myślę, że jestem w takim momencie życia, że mogę z prawdziwą satysfakcją powiedzieć, że schodzę z pokładu z podniesioną głową i mam już plany na przyszłość.

Ale jeszcze nie przestaje Pan pracować?

Będę pracować, bo zawód lekarza ma to do siebie, że można pomagać chorym bardzo długo. Jest podobno lekarz, który ma 90 lat i nadal pracuje. W USA najstarszy aktywny lekarz ma 100 lat. Ja tak długo pewnie nie dam rady, ale dopóki będę mógł, to będę pracował. Żartuję, że jestem dopiero w połowie aktywności zawodowej.

A co z drugą pasją, czyli sportem? Uprawia Pan jeszcze sport?

Ćwiczę, bo gdybym nie ćwiczył, to już bym zgnuśniał. Sport zawsze lubiłem i kochałem. Lubię też czytać, oglądać sport, przede wszystkim kocham koszykówkę, bo w nią grałem, więc zachwycam się takimi osobami jak LeBron James, który jest absolutnym fenomenem koszykówki. Zdarzyło mi się kilka razy w Stanach Zjednoczonych być na meczu koszykówki zawodowej, to jest dopiero fantazja!

Ale koszykówka nie jest lepsza niż zawód lekarza?

Nothing is better…

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

Prof. dr hab. Józef Drzewoski – Lubię wyznaczać sobie cele
4 (79.05%) 21 votes

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza