Fot. © Depositphotos Inc., USA

Rak (jeszcze) wygrywa

Naukowcy obiecują nam wykrywanie raka w najwcześniejszych stadiach dzięki testom krwi oraz zindywidualizowaną terapię nowotworów późnych i źle rokujących, gdy zsekwencjonują konkretnemu rakowi genom.

Na kwietniowym zjeździe American Association of Cancer Research w Chicago ogłoszono prawdziwą sensację. Nie dokonali jej jednak prominentni naukowcy uniwersyteccy, tylko badacze pracujący w GRAIL. Pod tą nazwą, przywodzącą na myśl tajemnicę kielicha z Ostatniej Wieczerzy Chrystusa, kryje się kalifornijska firma biotechnologiczna, a raczej… start up, który jest na rynku od dwóch lat i zdołał zebrać na badania miliard dolarów. Zainwestował tu Bill Gates, Amazon, Merc i wielu innych. W radzie naukowej znalazły się też takie tuzy jak Sir Michael Stratton. Od początku firma miała się zająć spełnianiem onkologicznych marzeń: „Wykryć raka wcześnie – gdy da się go wyleczyć” (www.grail.com/). I – jeśli wierzyć zapewnieniom – inwestorzy będą zadowoleni. Zastosowany przez GRAIL pomysł nie jest nowatorski ani przełomowy. Po prostu postęp w technologiach sekwencjonowania DNA i ich szalone potanienie spowodowały, że pomysł ów jest realizowalny dopiero dziś, a nie 10 lat temu.

Baza danych do porównań sekwencji

Naukowcy z firmy korzystają z technik sekwencjonowania całego genomu, ale stosują je do DNA pofragmentowanego i rozpuszczonego we krwi, a pochodzącego z umierających komórek nowotworowych. Zdołali tam wykryć raka w 65 proc. próbek pochodzących od pacjentów znajdujących się – według klinicystów – w najwcześniejszym stadium choroby. Techniki takie mają już nawet swoją nazwę: ciekła biopsja. To test na raka polegający na sekwencjonowaniu – bagatelka – trzech miliardów par zasad DNA. Żeby zbudować stosowną bazę danych do porównań sekwencji, naukowcy zgromadzili najpierw osoczowe DNA od 10 tysięcy ludzi cierpiących na 20 różnych typów nowotworów. A to jeszcze nie koniec. Atlas genomowy planowany przez GRAIL musi się wzbogacić o kolejne 5 tysięcy próbek przed końcem roku. Taki jest plan. Opracowywane testy badają nie tylko same sekwencje, ale też poziom ich metylacji i dokładne umiejscowienie tego typu modyfikacji w sekwencji DNA.

Jednak bazując na już posiadanych danych zanalizowano próbki krwi od ponad 850 pacjentów z nowotworami i 580 osób zdrowych. Dla 196 pacjentów, u których zdiagnozowano jeden z pięciu najbardziej śmiertelnych nowotworów (trzustki, płuca, jajnika, wątroby i przełyku), a którzy w momencie pobrania próbki krwi nie mieli przerzutów do innych organów i obecność komórek nowotworowych jedynie w węzłach chłonnych, akuratność jednego z testów wynosiła aż wspomniane 65 proc. Dla nowotworów metastatycznych aż 95 proc. – ale to oczywiste. Więcej komórek nowotworowych i więcej z nich w tym stadium pojawia się obumarłych we krwi. Więcej zatem jest nowotworowego DNA w osoczu. Testy miały niezwykle niski poziom wyników fałszywie dodatnich – mniej niż 1 proc. Co więcej, podobno dwie osoby z grupy negatywnej, ocenione przez test GRAIL jako pozytywne, ostatecznie zachorowały później na raka jajnika i endometrium. Oznacza to nie tylko, że wyników fałszywie pozytywnych było nawet mniej, ale że test istotnie zadziałał przedklinicznie!

Precyzyjna onkologia

W ostatnim czasie podobne wysiłki, ale skupione na kilku grupach genów, były z dobrym skutkiem podjęte także przez badaczy z Johns Hopkins University w Baltimore w stanie Maryland (USA). Znane jest również kilka białek markerowych pojawiających się w krwi osób cierpiących na choroby nowotworowe. Niewątpliwie moc i selektywność testów wzrosłaby, gdyby połączyć ze sobą wyniki tych wszystkich badań w jednym teście. I niewątpliwie, im większa baza danych, tym bardziej prawdopodobne, że „ciekła biopsja” pozwoli nie tylko stwierdzenie obecności nowotworu, ale określenie, gdzie dokładnie się znajduje, czyli z jakiej tkanki pochodzi.

Na tej samej technologii, czyli sekwencjonowaniu DNA, zwłaszcza całych genomów, ma się opierać też największa obecnie nadzieja onkoterapii, czyli precyzyjna onkologia. Na wspomnianej kwietniowej konferencji w Chicago doszło do realnego starcia, czy raczej otwartej i – jak na warunki naukowych konferencji – zajadłej dysputy pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami tego podejścia terapeutycznego. Spór nie jest o to, czy dowiemy się czegoś nowego o raku, gdy zsekwencjonujemy jego genom. Nie da się bowiem ukryć, że ten fakt może odkryć przed bardzo wprawnym okiem genetyka to, czego histopatolog nie może zobaczyć – jakieś konkretne białko czy RNA, w które można jeszcze próbować eksperymentalnie uderzyć w sposób maksymalnie celowany, gdy już nic innego nie działa. Teoretycznie taka możliwość istnieje. Spór jest o to, czy przy zaawansowanej chorobie nowotworowej jest to walka realnie pomocna, czy tylko wypompowywanie pieniędzy z pacjenta/ubezpieczyciela. Nie jest bowiem tak, że skoro sekwencjonowanie i analiza DNA stały się tańsze, to znaczy, że nic nie kosztują. Są bardzo drogie, gdy przyjąć, że trzeba by było je robić indywidualnie dla konkretnego guza czy typu białaczki u konkretnego pacjenta. Poza tym, w przeciwieństwie do naszych zdrowych komórek, których genom jest w toku życia raczej niezmienny, w guzie wre replikacja, a co za tym idzie, akumulacja mutacji towarzysząca rozrostowi i przerzutom. Każda z komórek niemal ewoluuje niezależnie. Nie bardzo więc jest dla mnie jasne, jak można w sposób pewny wyłapywać w takiej sytuacji punktowe mutacje… No, ale ja tego na co dzień nie robię.

Wielkie odkrycia – małe fakty

Gdybym miała dziesięć złotych za każdą obietnicę cudownej terapii czy diagnostyki nowotworów, o której czytałam od czasu studiów aż do dziś, byłabym bogata. A nie jestem jeszcze babcią. Za każdym razem nagłówki są duże i czerwone, jakby dotyczyły wybuchu wulkanu. I nic się nie dzieje. Rak zbiera swoje żniwo, kolejne leki są lepsze niż poprzednie, ale nie cudowne. Nowe metody diagnostyczne są coraz dokładniejsze, ale pacjenci i tak aż nazbyt często trafiają do lekarzy w pełnej metastazie i z rokowaniami kilku miesięcy życia.

Można jednak na to zjawisko spojrzeć nieco inaczej. Oczekujemy wulkanu, a tu jest powolna, nieustająca i nieunikniona sedymentacja wiedzy. Wielkie odkrycia stają się małymi faktami opowiadającymi o jakimś procencie klinicznych sytuacji i pewnym odsetku różnych rodzajów molekularnego podłoża. Rośnie góra wiedzy i – jeśli spojrzeć na tę sprawę realnie, mimo że rak ciągle wygrywa, przychodzi mu to coraz trudniej. I choć ci, którzy zwalczają go w laboratoriach i szpitalach, ani też pieniądze niezbędne im do tej walki nie mnożą się równie szybko jak nowotworowe komórki, to nie stoimy bezczynnie.

Rak (jeszcze) wygrywa
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza