Tomasz Latos
fot. Tomasz Adamaszek

Staram się tonować spory

Z Tomaszem Latosem, posłem, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Zdrowia, rozmawia Katarzyna Pinkosz.

Pierwsze półrocze 2018 r. za nami. Co się udało, jeśli chodzi o ochronę zdrowia?

Idziemy do przodu, system jest jednak bardzo skomplikowany, trudno szybko uzyskać przełom. Kilka spraw udało się mimo to załatwić. Pierwsza to e-recepty – obecnie jest prowadzony pilotaż w dwóch miejscowościach. Wprowadzenie e-recepty bardzo ułatwi życie pacjentom, np. będą mogli kupować leki wypisane na jednej recepcie w różnych aptekach. Oczywiście pacjenci będą musieli się przyzwyczaić do nowego systemu.

Drugą ważną sprawą jest ustawa o państwowym ratownictwie medycznym. Deklarowaliśmy przed wyborami i w trakcie kampanii wyborczej, że chcielibyśmy, by ratownictwo medyczne było państwowe nie tylko z nazwy, ale także faktycznie. Podmioty prywatne mogą pełnić ewentualnie rolę pomocniczą w systemie. Oczywiście, pojawiło się długie vacatio legis tej ustawy, żeby wszyscy zdążyli przygotować się do nowej sytuacji.

W przypadku e-recepty powiedział Pan, że zyskają pacjenci. A co zyska pacjent na tym, że zostaną wyeliminowane prywatne karetki pogotowia?

Bywały w przeszłości takie sytuacje, kiedy nie było wiadomo, kto jest odpowiedzialny za przyjazd karetki. Uważamy, że niektóre służby powinny być państwowe. Tak jak nie ma prywatnej policji, tak nie powinno być prywatnego ratownictwa: wydaje się to logiczne.

Pacjenci po pewnym czasie zobaczą lepszą, większą efektywność takiego systemu. Uważam, że będzie rosło zaufanie wynikające z krótszego czasu oczekiwania na karetkę i większej skuteczności podejmowanych zadań.

A co uznałby Pan za swój sukces tego półrocza?

Zależało mi na tym, żeby praca nad poszczególnymi ustawami w Komisji Zdrowia przebiegała możliwie bez targów politycznych. Starałem się tego pilnować. Odpowiadałem m.in. za ustawę o ratownictwie medycznym, byłem szefem podkomisji i posłem sprawozdawcą. Myślę, że z tego zadania wywiązałem się dobrze. Osłaniałem tę ustawę przed różnymi działaniami lobbingowymi. Miałem też sukcesy regionalne, związane ze skutecznym przekonywaniem do niektórych potrzeb lokalnych, np. dotyczących Centrum Onkologii w Bydgoszczy, zakupu sprzętu medycznego dla innych szpitali.

Na początku roku mieliśmy protest rezydentów. Starałem się tonować nastroje, czasami może zbyt gorące po obu stronach. Cieszę się, że nowemu ministrowi zdrowia udało się wypracować porozumienie i że mógł dostać zielone światło na zadeklarowanie skrócenia okresu zwiększania nakładów do 6 proc. PKB w ochronie zdrowia. Robiłem wszystko, aby być dobrym pomostem między parlamentem a ministerstwem i rządem.

Jakie ma Pan plany na drugie półrocze, gdy chodzi ochronę zdrowia?

Myślę, że ważne są kwestie związane z jakością w ochronie zdrowia. Druga ważna sprawa to pilotaż w POZ. Nie skrócimy kolejek w AOS, w szpitalach, jeśli nie zmienimy relacji POZ-AOS-szpital i nie przekonamy do innego spojrzenia na te sprawy nie tylko lekarzy, ale też pacjentów. Trzeba premiować lekarzy POZ i zachęcać ich do kompleksowej opieki nad pacjentami, a jednocześnie dać im dodatkowe pieniądze na badania diagnostyczne.

Już wiemy, że będą wyodrębnione środki na diagnostykę. Powinny być one relatywnie duże. Dzięki temu pojawi się szansa na przesunięcie części pacjentów z kolejki w AOS do POZ. W większości przypadków pacjenta należy leczyć w POZ. Lekarz specjalista powinien być pomocą dla lekarza pierwszego kontaktu w prowadzeniu terapii, a nie go zastępować. To największe wyzwanie, przed którym stoimy.

Z dużą nadzieją patrzę na debatę „Wspólnie dla zdrowia”, która została podjęta ponad podziałami.

Bierze Pan udział w tej debacie?

Będąc członkiem Rady Społecznej debaty „Wspólnie dla zdrowia”, chciałbym być jak najbardziej aktywny. Debata ma sens, pod warunkiem że zakończy się konkretnymi rozwiązaniami, które zostaną wprowadzone na drogę legislacyjną. Jeśli miałaby zakończyć się kolejnym raportem, to nie w tym rzecz. Różne fora dyskusyjne i organizacje wypracowały już wiele raportów. Chciałbym, żeby finałem prac były co najmniej dwie, trzy, może cztery ustawy. System ochrony zdrowia musimy zmieniać. Z jednej strony musimy zwiększać finansowanie, a z drugiej – przebudowywać system. Jeśli tak się nie stanie, to za kilka lat będziemy w tym samym miejscu co dzisiaj.

Wspomina Pan o ustawach, które mogłyby być efektem debaty. Konkretnie o jakich?

Byłoby nieeleganckie wobec osób uczestniczących w dyskusji, gdybym miał już na początku wskazywać konkretne ustawy. Podtrzymuję stanowisko, że powinniśmy zrobić pewien bilans otwarcia, a potem określić miejsce dojścia, czyli to, jak system ochrony zdrowia ma wyglądać np. za 10 lat. A następnie pokazać drogę dojścia do celu. Polacy powinni np. wiedzieć, że skoro została utworzona sieć szpitali, to dlaczego i co ma ona poprawić.

Debata ma określić, jak ochrona zdrowia powinna wyglądać w przyszłości. Raz jeszcze podkreślam: musimy wspólnie pokazać etapy osiągnięcia tego zadania.

Pracuje Pan w Sejmie, a czy nadal przyjmuje Pan też jako lekarz?

Tak, choć mój kontakt z medycyną jest nieco inny. Zajmuję się diagnostyką, od kilku lat mam z nią kontakt wyłącznie internetowy.

Korzysta Pan z telemedycyny?

Z teleradiologii. Otrzymuję badania drogą internetową i je opisuję. Ogromnie się z tego cieszę, gdyż chcę utrzymać kontakt z zawodem. Oczywiście, robię to na niewielką skalę, na jaką pozwalają mi uregulowania prawne i czas.

Jak to się stało, że polityka Pana wciągnęła?

To trochę zbieg okoliczności. Gdy wchodziłem w politykę samorządową, nigdy nie przypuszczałem, że znajdę się w Sejmie. W latach 90. zapisałem się do partii politycznej. Uważałem, że to moja powinność. Pomyślałem bowiem, że zamiast narzekać i krytykować, trzeba zacząć działać. Zaproponowano mi start do rady miasta. Uznałem, że trzeba być konsekwentnym: „Skoro ci się nie podoba, a proponują ci start, to nie mów <nie>, tylko startuj”. Wystartowałem z ósmego miejsca, dostałem się. W trzech komisjach wyborczych znajdujących się w pobliżu przychodni, w której pracowałem, osiągnąłem najlepszy wynik, co świadczyło o tym, że pacjenci dobrze mnie postrzegali. W kolejnych wyborach samorządowych uzyskałem w Bydgoszczy najlepszy wynik na prawicy. Potem zaproponowano mi start do Sejmu. Cieszy mnie, że w każdych kolejnych wyborach – najpierw samorządowych, potem parlamentarnych (a jest to już moja czwarta kadencja) – poprawiam swój wynik.

W Bydgoszczy Pana cenią?

Mam nadzieję, że tak. Staram się również tonować spory. Uważam, że są one istotą demokracji, która polega na tym, żebyśmy między sobą różnili się poglądami i pomysłami na to, co w Polsce można zmienić. Natomiast potrzebna jest kultura sporu, szacunek dla oponenta i umiejętność słuchania argumentów drugiej strony. Tego brakuje, nad czym bardzo ubolewam. A polityka wciąga, zwłaszcza jeśli chce się coś zrobić dla innych. Niestety, czasem też irytuje.

Zdecydował się Pan kandydować na prezydenta Bydgoszczy. Dlaczego?

Po kilkunastu latach w parlamencie sporo osiągnąłem. Cały czas jest to jednak gra drużynowa. Pomyślałem, że może warto rozpocząć grę bardziej indywidualną. Takie możliwości daje ewentualna prezydentura. A jeśli jest się patriotą lokalnym – za którego się uważam – widzi się pewne niedociągnięcia w swoim ukochanym mieście, ile rzeczy można zrobić lepiej, a jednocześnie wiele osób namawia do startu w wyborach (często nawet ze środowisk odległych od PiS), to trudno za którymś razem (propozycje miałem już wcześniej) nie powiedzieć „tak”. Myślę, że warto spróbować i zostać prezydentem.

Zostawiłby Pan Sejm i działania ogólnopaństwowe?

Byłoby mi oczywiście pewnych rzeczy żal, jednak… może więc jest mi pisany powrót do samorządu? Podchodzę do tego spokojnie. Z jednej strony zawsze wygrywałem w wyborach i jeśli czegoś się podejmuję, to po to, żeby zwyciężyć. Chcę wygrać. Z drugiej strony, jeśli wyborcy zdecydują inaczej, przyjmę to z pokorą i będę dalej pracował w parlamencie.

Interesuje się Pan nie tylko polityką.

Jest bardzo wiele dziedzin, którymi się pasjonuję. Np. kulturą, zwłaszcza muzyką. Staram się nie opuszczać ważniejszych wydarzeń muzycznych, chodzę do Filharmonii w Bydgoszczy, która ma słynną na świecie akustykę. Jestem też pasjonatem sportu – nieprzypadkowo działam w Komisji Sportu w Sejmie. A teraz – jak wszyscy – oglądam mundial.

A uprawia Pan jakiś sport?

Brydż sportowy. Mam tytuł mistrza międzynarodowego, wygrywałem duże turnieje open, wiele turniejów lekarzy. Muszę powiedzieć, że wśród lekarzy jest wiele osób, które dobrze grają w brydża.

Jeśli zostanie Pan prezydentem Bydgoszczy, zostawi pan praktykę lekarską?

Na pewno nie. Nie wyobrażam sobie braku kontaktu z zawodem. Politykiem się bywa, lekarzem jest się zawsze.

Staram się tonować spory
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza