Fot. Anna Kaczmarz/REPORTER/eastnews

Zastałem Klinikę „drewnianą” pozostawiłem „murowaną”

Rozmowa z prof. Antonim Bastą, wieloletnim kierownikiem Katedry Ginekologii i Położnictwa oraz Kliniki Ginekologii i Onkologii Collegium Medicum UJ, honorowym prezesem Polskiego Towarzystwa Kolposkopii i Patofizjologii Szyjki Macicy oraz prezesem Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej.

Podczas uroczystego pożegnania, otrzymał Pan m.in. obraz, na którym został Pan przedstawiony jako Kazimierz Wielki, gdyż zastał Pan klinikę  drewnianą, a pozostawił murowaną. A co Pan sam uważa za swój największy zawodowy sukces?

Nie wiem, czy koledzy trochę nie przesadzili z tym porównaniem. A zawodowe sukcesy… Jeśli chodzi o ginekologię onkologiczną, to rozszerzyłem zabiegi operacyjne o usuwanie węzłów chłonnych okołoaortalnych w niektórych przypadkach raka narządu rodnego. Druga rzecz: poszerzyłem metody diagnostyczne, operacyjne i rekonstrukcyjne w leczeniu raka piersi.

Druga sprawa – naukowa: habilitowałem siedmiu kolegów, z czego czterech już jest profesorami, a trzech – doktorami habilitowanymi. Byłem też promotorem 31 prac doktorskich. Poza tym w mojej klinice ponad 40 doktorów uzyskało specjalizację z ginekologii i położnictwa, a 12 z ginekologii onkologicznej.

Bardzo ważny był również dla mnie remont kliniki – może dlatego koledzy uznali, że zastałam klinikę „drewnianą”, a pozostawiłem „murowaną”. Klinika rzeczywiście była bardzo zniszczona. W momencie, kiedy spadł sufit na łóżko, na którym przed chwilą operowaliśmy pacjentkę, wiedziałem, że coś trzeba zrobić…

Sufit naprawdę spadł na łóżko operacyjne?

Tak. Całe szczęście, że 2 minuty wcześniej przenieśliśmy pacjentkę na łóżko! Gdybyśmy tego nie zrobili, pacjentka prawdopodobnie by zginęła. I nie wiadomo, czy operatorzy by nie zginęli.

Klinika była rzeczywiście w tak złym stanie, że sufit odpadał? Brzmi to tragicznie…

Tak, to brzmi tragicznie, nie mówiliśmy o tym zdarzeniu nikomu. To mnie zmobilizowało, żeby szukać pieniędzy na remont. Nie miałem żadnych pieniędzy na jego rozpoczęcie. Oczywiście, można było naprawić tylko sufit, ale to by wiele nie dało. Byłem już wtedy szefem kliniki i katedry. Podjąłem dosyć trudną dla mnie decyzję o remoncie katedry, a była ona wielkości małego szpitala, były tam wielkie sale, w sumie 200 łóżek dla kobiet i ponad 100 łóżek dla noworodków. Teraz po remoncie – bo prawie zakończyliśmy remont – mamy sale jedno- oraz dwu- i trzyłóżkowe, na położnictwie wszystkie z sanitariatami, a na ginekologii – większość sal ma sanitariaty.

A skąd udało się dobyć pieniądze?

To była makabra, prosiłem wszędzie, gdzie mogłem. Dostałem pieniądze z Ministerstwa Zdrowia, potem z Unii Europejskiej, z Ministerstwa Nauki, Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, założyliśmy też Fundację na rzecz Rozwoju Onkologii Ginekologicznej, były również wpłaty indywidualne.

A jak to się właściwie stało, że został Pan lekarzem?

To był przypadek, bo ja najpierw złożyłem dokumenty na wydział prawa. Ale w czerwcu, niedługo przed egzaminami, przeczytałem książkę o dr. Semmelweisie, odkrywcy gorączki połogowej. Był strasznie prześladowany za to, co odkrył, a potem znalazł się nawet w szpitalu psychiatrycznym. Ta książka zrobiła na mnie takie wrażenie, że pojechałem, zabrałem dokumenty z wydziału prawa i zaniosłem na medycynę. Oczywiście za pierwszym razem nie dostałem się, bo to był inny typ egzaminu niż na prawo. Ale w następnym roku tak się uczyłem, że pod względem liczby uzyskanych punktów byłem trzynasty z kolei.

Taka nagła zmiana pod wpływem książki?

Tak, pod wpływem jednej książki. Trudno powiedzieć dlaczego tak się stało, ale to prawda. W rodzinie też nie miałem tradycji lekarskich.

A skąd wybór specjalizacji ginekologicznej?

To też był przypadek. Byłem w kole naukowym chirurgii dziecięcej, ale dostałem się na studencką praktykę do Belgradu na oddział ginekologiczno-położniczy. I tak mocno zaangażowałem się w pracę, że gdy wróciłem do kraju, stwierdziłem, że będę ginekologiem-położnikiem.

Połączył Pan jednak ginekologię z onkologią…

Były u nas wielkie tradycje onkologiczne, prof. Schwarz, profesor Madej – to byli znakomici chirurdzy ginekologiczni, jedni z najlepszych w Polsce. Ja na początku swojej pracy zakosztowałem ginekologii onkologicznej. Później zrobiłem specjalizację z ginekologii onkologicznej, jak już powstała.

Czuje się Pan bardziej ginekologiem czy onkologiem?

Bardziej onkologiem ginekologicznym.

Pan prof. Mirosław Wielgoś mówił, że postawił Pan polską ginekologię onkologiczną na światowym poziomie…

Miałem zacięcie operatorskie, a oprócz tego założyłem oddział chemioterapii, żeby pacjentki po operacji nie musiały iść do centrum onkologii i czekać tam na chemioterapię. Przywróciłem też brachyterapię.

Zajmował się Pan leczeniem raka szyjki macicy…

Rakiem szyjki macicy zajmowałem się jeszcze razem prof. Schwarzem,  z którym miałem okazję współpracować przez pierwsze lata, a potem z prof. Madejem, ojcem chrzestnym polskiej kolposkopii. Szyjka macicy to był mój „konik” – jak to mówią. Jesteśmy chyba jedyną kliniką w Polsce, która potrafi diagnozować i operować wczesne postaci raka szyjki, gdzie można zachować płodność.

Pamiętajmy, że cytologia tylko określa, że są komórki rakowe. A kolposkopia pokazuje lokalizację, w której części szyjki macicy są te komórki zlokalizowane. Na podstawie badania kolposkopowego można pobierać wycinki do badania histologicznego. Na podstawie tych i jeszcze innych cech kwalifikujemy kobiety, które można operować konizacją, co daje lepsze rezultaty, jeśli chodzi o płodność, a u których należy wykonać trachelektomię laparoskopową z zewnątrzotrzewnową limfadenektomią. Zaczynamy od limfadenektomii i później resetujemy szyjkę macicy, czyli wykonujemy trachelektomię.

Co powinna zrobić kobieta, jeśli będzie miała nieprawidłowy wynik cytologii?

Natychmiast powinna się zgłosić do dobrego ginekologa-onkologa.

Zachęcałby Pan do przyjazdu do Krakowa?

Jeśli chodzi o operację z zachowaniem płodności, to tak. W moim odczuciu nasza klinika jest najlepszym ośrodkiem w Polsce, jeśli chodzi o te przypadki.

Kierowana przez Pana klinika uzyskała europejską akredytację jako europejskie centrum ginekologii onkologicznej. Wiele klinik w Polsce ma taką akredytację?

Byliśmy pierwszą kliniką w Polsce, która uzyskała taką akredytację. Wtedy, kiedy my otrzymaliśmy akredytację, tym mianem została uhonorowana jeszcze tylko klinika w Norwegii.

A jak Pan dziś ocenia stan polskiej ginekologii onkologicznej? Jest na poziomie światowym?

Niestety, nie. Po pierwsze powinny być zalecenia, jeśli chodzi o kwalifikacje do leczenia, czy powinno to być leczenie operacyjne, czy raczej powinna to być chemioterapia lub radioterapia. Druga sprawa, jeśli kwalifikuje się do leczenia operacyjnego, to trzeba uwzględniać stan pacjentki. Pacjentki starsze, wyniszczone, nie mogą mieć radykalnej operacji, bo nie będą już w stanie znieść np. chemioterapii w raku jajnika. Bardzo dużo jest jeszcze do zrobienia.

Nie kieruje już Pan katedrą i kliniką, ale nie zaprzestał Pan pracy zawodowej?

Nie kieruję. Skończyłem 70 lat i powiedziałem sobie, że jak kończę 70 lat, to przechodzę na emeryturę i już nie wtrącam się w pracę w klinice. Nadal tu jednak jeszcze pracuję, a poza tym mam swój gabinet prywatny, w którym diagnozuję i operuję.

W rodzinie ma Pan następców?

Jeden syn, Paweł, jest lekarzem, już się habilitował i jest docentem z zakresu ginekologii i położnictwa. Poszedł w moje ślady.

Jaką rolę w Pana życiu odgrywa rodzina?

Bardzo dużą. Bardzo troszczę się o moich dwóch synów, chociaż muszę przyznać, że niestety często jak byli młodsi, to nie poświęcałem im zbyt wiele czasu. To mój wielki błąd, ale nie było wyjścia, pracowałem od rana do nocy. Żona też bardzo mi pomagała. Pochodzę z dużej rodziny, nas w domu było ośmioro rodzeństwa, dlatego rodzina zawsze odgrywała dla mnie ważną rolę.

Czy to prawda, że teraz chce się Pan też zająć filozofią w onkologii?

Na pewno w leczeniu choroby onkologicznej ważna jest nie tylko sama terapia. Chciałbym się też tym zająć. Na pewno bardzo ważna jest psychika. Kobiety, które się poddają i nie chcą się leczyć, bardzo szybko umierają. Z kolei te, które walczą, to żyją wiele lat – nawet pomimo niekorzystnych rokowań. Psychika ma ogromne znaczenie.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

Zastałem Klinikę „drewnianą” pozostawiłem „murowaną”
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza