prof. Jacek Wiórka

Do psychiatry jak do lekarza pierwszego kontaktu

ROZMOWA Z PROF. DR. HAB. N. MED. JACKIEM WCIÓRKĄ, KIEROWNIKIEM I KLINIKI PSYCHIATRYCZNEJ INSTYTUTU PSYCHIATRII I NEUROLOGII W WARSZAWIE.

Bliższa jest mi ochrona zdrowia psychicznego niż badania naukowe, mimo że działam w tych dwóch dziedzinach psychiatrii.

Porozmawiajmy więc o tym, co dla Pana Profesora jest ważniejsze.

Psychiatria ma służyć pacjentom. Badania, eksperymenty są tylko podglebiem dla racjonalnych decyzji klinicznych, politycznych, organizacyjnych, pomocowych, a nie tylko do rozstrzygnięcia tego, jakie jest molekularne, genetyczne podłoże ludzkich problemów. W ostatnich dwóch, trzech dekadach mieliśmy falę zainteresowania psychiatrią biologiczną. Mówienie o neuropsychiatrii, neuropsychologii, neurometodach, neuropoznaniu było trendy. Tak jakby zaglądanie do najgłębszych zakamarków mózgu miało nam wszystko wyjaśnić. Oczywiście neurobiologia się rozwinęła, ale dla działalności klinicznej i dla akcji pomocowej na rzecz osób w kryzysach zdrowia psychicznego nie przyniosła decydujących rezultatów.

Ale to dzięki niej mamy nowoczesne leki.

Tak. Ale dziś widać już, że możliwości oddziaływania za pomocą leków, czasem istotne, czasem ratujące życie, są ograniczone. Poza tą fazą, kiedy leczenie farmakologiczne jest niezbędne, trzeba człowieka wyposażyć w minimum wiedzy, dać mu wsparcie, dodać otuchy, nadziei, przywrócić wiarę w możliwość kontynuowania planów życiowych. A to wymaga dialogu, rozmowy, współbycia, organizowania czegoś wspólnego, czyli wielu metod dialogu terapeutycznego. Toczy się więc spór między podejściem, które wchodzi w głąb mózgu, i podejściem, które wchodzi głęboko w życie. Powoli wraca nurt kliniczny, czyli pytania, jak postępować, żeby człowiekowi przywracać nadzieję i wszystko to, co jest niezbędne do życia. Korzystając z metod biologicznych, ale nie ograniczając się w działaniu tylko do nich. Chodzi zwłaszcza o to, w jakim kontekście organizacyjnym i życiowym udziela się tej pomocy.

Jaka jest więc dzisiejsza psychiatria?

Z mojej perspektywy widoczne jest zderzenie trzech trendów. Pierwszy z nich to zła tradycja lokowania chorych w azylu, poza obrębem zwykłego życia. Azyl psychiatryczny chroni człowieka i zapewnia mu minimum niezbędne do życia, ale jednocześnie wiąże go i poddaje wpływowi dość opresyjnej instytucji. Powrót stamtąd do realnego życia jest trudny. Drugi trend, który nabiera mocy już od lat 50. XX w., wiąże się z podejściem środowiskowym. Chodzi o to, żeby dostarczyć pacjentowi pomocy tu, gdzie on żyje, w realnym środowisku społecznym. Szpital oczywiście nie znika jako narzędzie ograniczania ryzyka i niekontrolowanych zachowań, ale traci pozycję monopolisty i staje się fragmentem szerszego tła społecznego. Jest jeszcze trzeci, najmłodszy trend, który zakłada, że nie samą chorobą człowiek żyje, nawet jeśli spełnia kryteria jakichś zaburzeń, że w każdym jest potencjał zdrowia i warto uruchomić w nim proces odzyskiwania zdrowia. Mówimy o perspektywie zdrowienia, tj. o odzyskiwaniu pozycji życiowej, tożsamości, poczucia sensu, sprawczości. I nadziei na to, że plan życiowy, który człowiek realizował, zanim nastąpił kryzys, da się kontynuować. Te trzy trendy można określić najkrócej słowami: człowieczeństwo, wspólnota i podmiotowość. Trend środowiskowy przejawia się w instytucjach takich jak centra zdrowia psychicznego, a podmiotowość w rosnącej roli stowarzyszeń samopomocowych pacjentów, który zaczynają już mówić własnym głosem. To się już w Polsce dzieje, wszystkie te nurty są u nas obecne.

Mamy nowoczesne metody obrazowania pracy mózgu, możemy wręcz zobaczyć aktywność konkretnych obszarów, coraz bardziej rozumiemy, jak on działa. Pan jednak mówi o tym z pewnym dystansem.

Doceniam te osiągnięcia. Wciąż jednak nie wiemy, dlaczego u konkretnego człowieka, u którego często nie widzimy oczywistych przesłanek, dochodzi do kryzysu. Co u niego szwankuje? Czy głowa, czy cała oś stresu, czy jeszcze coś innego? Czy np. w jego życiu coś takiego narosło, że organizm reaguje poczuciem przeładowania i szuka nadzwyczajnych sposobów rozwiązania trudnej do zniesienia, kryzysowej sytuacji?

Każdego pacjenta trzeba więc potraktować indywidualnie?

To jest oczywiste. Naszą intencją jest pomoc i wtedy szukamy narzędzi, czasem bardzo wyrafinowanych, a czasem prostych. Bo człowiek nie przychodzi do nas, żeby mu leczyć synapsy, tylko dlatego, że jest mu źle, smutno, że świat stał się wrogi. A w takiej sytuacji wartością jest rozmowa, dialog, żeby wyprowadzić z niego te treści, obudzić w nim wątpliwości co do złudzeń, które mu się narzucają z poczuciem niepodważalnej oczywistości. Czasem trzeba go zmotywować do tego, żeby skorzystał z arsenału naszych metod biologicznych. One nieraz dają spektakularne efekty. Sam doświadczałem sytuacji, gdy pacjent w głębokiej depresji, któremu nie udawało się pomóc w inny sposób, przychodzi zdrowy po pierwszym elektrowstrząsie. Ciało nie jest tylko dodatkiem do naszej psychiki, do naszej relacji z otoczeniem.

Wróćmy jeszcze do leków. Czy pojawiły się jakieś nowe?

Od kilkunastu lat właściwie zamarło zainteresowanie szukaniem nowych cząsteczek. Przemysł farmaceutyczny proponuje raczej nowe sposoby stosowania leków, np. preparaty o przedłużonym działaniu. Nie trzeba pamiętać o codziennym czy kilkukrotnym w ciągu dnia zażywaniu leku. Pacjent dostaje lek, najczęściej domięśniowo, który uwalnia się w ciągu kilku tygodni, a nawet do trzech miesięcy. Ale, wracając do znaczenia podmiotowości pacjenta, trzeba go jednak przekonać do zastosowania tego leku. Wzbudzić poczucie, że to jest wybrany przez niego sposób leczenia. Są również próby takiego skonfigurowania znanych cząsteczek, żeby działały w sposób bardziej wybiórczy. Dotyczy to m.in. leków przeciwdepresyjnych,
które mają różny profil działania. W różnych fazach zaburzenia można próbować więc dobierać najwłaściwsze rozwiązania. Jestem jednak głęboko przekonany, że możliwości, które stwarza nowoczesna farmakologia, nie są wystarczające do rozwiązania problemów osób chorujących psychicznie.

Wspomniał Pan o elektrowstrząsach, metodzie, która wydawała się już archaiczna.

Mamy renesans terapii elektrowstrząsowej, która współcześnie jest oszczędzająca i bezpieczna. Są też inne metody biologiczne, np. stymulacja nerwu błędnego czy niektórych rejonów mózgu, co powoduje oczekiwane zmiany w zachowaniu. Mamy fototerapię, czyli naświetlanie odpowiednim światłem, co pozwala czasem pobudzić w człowieku oczekiwane zmiany nastroju. Staramy się w różny sposób mobilizować organizm do zmiany. Chyba ciągle jednak za mało doceniane są inne metody mobilizowania człowieka. Stały się domeną psychoterapii, a psychiatria trzyma się od nich trochę dalej, bo uznała kiedyś metody biologiczne za źródło swojego profesjonalnego i naukowego statusu.

Czyli należy rozwijać właśnie takie ośrodki jak ten, w którym rozmawiamy (Mokotowskie Centrum Zdrowia Psychicznego w Warszawie).

Bez tego pomoc osobom w kryzysach psychicznych będzie mało skuteczna. Często istotny jest moment, w którym człowiek szuka pomocy, dopóki kryzys w nim się nie rozwinął. Chodzi o to, żeby ten moment przybliżyć. Żeby nie był związany z koniecznością pokonywania bariery niepotrzebnego zawstydzenia, krzywdzących uprzedzeń i niezawinionego piętna. Żeby po pomoc można było przyjść jak do lekarza pierwszego kontaktu po pomoc w infekcji.

Rozmawiał Andrzej Dziurdzikowski

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza