Prof. Janusz Heitzman
fot. Tomasz Urbanek/DDTVN/EAST NEWS

Hodowanie udręczonego mózgu, czyli co może psychiatra

ROZMOWA Z PROF. JANUSZEM HEITZMANEM, DYREKTOREM INSTYTUTU PSYCHIATRII I NEUROLOGII, KIEROWNIKIEM KLINIKI PSYCHIATRII SĄDOWEJ IPIN.

Na ogół żyje nam się dobrze, mamy komórki, laptopy, nie brakuje jedzenia, przynajmniej w naszej części Europy. W zasadzie nie ma się czym martwić. A jednak są nieszczęśliwcy, którzy nie wytrzymują tego świata. Jakie widzi Pan największe zagrożenia dla człowieka?

Przede wszystkim lęk i poczucie niepokoju, że przy tak interesującym i coraz szerzej otwierającym się świecie nie zdążą przeżyć wszystkiego, na co mieliby ochotę. Że nie wykorzystają możliwości, które daje im współczesny świat w zakresie dostępu do wiedzy, do poznawania nowych obszarów, innych ludzi, również siebie. To poczucie, że nie zdążymy, wpływa na psychikę. Kiedyś świat był ograniczony do naszej miejscowości, do naszego miasta, kraju, a dzisiaj się otworzył. Zaczynamy gonić w pracy, brać dodatkowe obowiązki, przy czym nakładamy na siebie ograniczenia, dotyczące np. wypoczynku. Staramy się przyspieszyć coś, czego się nie da, bo nie jesteśmy w stanie zwiększyć prędkości ogarniania mózgiem wielu rzeczy naraz. Nasza uwaga staje się coraz bardziej podzielna, w czym można się łatwo zagubić. W pewnym momencie możemy stracić kontakt z rzeczywistością. Ktoś powie, że „odlecieliśmy”, a dla psychiatry ten „odlot” może być diagnozą, rozpoznaniem zaburzeń lękowych związanych ze stresem, zaburzeń emocjonalnych i zachowania lub zaburzeń kontroli impulsów. Nasze relacje z innymi stają się coraz trudniejsze, w prostych, codziennych sprawach nie możemy się porozumieć.

Trudno rozpoznać takie osoby. Na co dzień mijamy ich tysiące – wydają się całkiem normalne.

Wszyscy wydają się normalni tylko na pozór. Pozorna normalność wynika z tego, że zmienia się wizerunek człowieka z zaburzeniami. I nie mówię o zaburzeniach psychicznych czy psychosomatycznych. Są zaburzenia niewidoczne dla innych. Przecież nie widzimy po kimś, że ma biegunki z lęku i niepokoju. Ma napięciowe bóle głowy, dławi się i zatyka gdy ma coś powiedzieć. Mówię także o zaburzeniach związanych z układem krążenia, o wzroście liczby chorób o charakterze cywilizacyjnym. Nadciśnienie i zaburzenia krążenia pozostają w bezpośrednim związku ze stanem psychicznym. Życie w permanentnym lęku, pośpiechu i zagrożeniu upośledza adaptację somatyczną. Nie jesteśmy w stanie zwolnić. Gdyby nie było postępu w walce z chorobami cywilizacyjnymi, to przy tym tempie nasze życie znacząco by się skróciło.

Dorośli próbują jakoś funkcjonować, a co z osobami młodymi? W tym roku z powodu braku miejsc wiele z nich nie dostanie się do wymarzonej szkoły. Jak mają budować poczucie własnej wartości, zwłaszcza że psychiatria dzieci i młodzieży jest zagrożona?

To bardzo złożone zagadnienie. Nie możemy problemów dnia codziennego, problemów związanych z nieprzystawaniem marzeń i planów do możliwości, sprowadzać do koncepcji niewydolności człowieka związanej z jego nieprzystosowaniem. Obciążeń, którymi dotknięty jest młody człowiek, nie wolno kwalifikować jako chorobę psychiczną. My, dorośli, z powodu własnej bezradności albo braku umiejętności, szukamy rozwiązania codziennych problemów, wpychając dzieci w objęcia psychiatrów. Trudności młodego człowieka związane z wyborem przyszłości staramy się często medykalizować. Jeżeli ktoś nie umie znaleźć swego miejsca, nie umie wybrać szkoły, nie jest w stanie określić, kim chce być, to znaczy, że jest nienormalny i trzeba go wysłać do lekarza. To ślepa uliczka! Trudno lekarza obarczać misją naprawiania świata czy wychowywania społeczeństwa. Lekarz ma diagnozować chorobę, leczyć jej objawy, zaproponować skuteczne sposoby postępowania. Tam, gdzie choroby nie ma, a są zaburzenia w komunikacji na linii dziecko-dorośli, lekarz może jedynie podjąć misję zwrócenia uwagi, gdzie leży problem.

Kiedy lekarz rozpoznaje chorobę bądź objawy, które mogą być wyrazem zaburzeń emocjonalnych?

To jest związane z eskalacją pewnych stanów, które rozpoczynają się od zamykania w sobie, buntu, zaburzeń zachowania. Możliwość nawiązania relacji jest coraz trudniejsza albo ostatecznie zanika. Pojawiają się coraz większe zaburzenia zachowania, narastają zachowania o charakterze opozycyjno-buntowniczym, ale tak naprawdę jest to wyraz zagrożenia, poczucia bezradności i bezsilności. Dziecko przestaje reagować i nie realizuje sugerowanych mu rozwiązań, jednocześnie przestaje się uczyć, chodzić do szkoły, zamyka się w domu i szuka pomocy w komunikatorach elektronicznych. Szuka podobnych sobie i znajduje setki młodych ludzi, którzy przeżywają podobne stany bezradności i osamotnienia. I wtedy przestaje czuć się samotne. Tylko że łączenie się z podobnymi sobie wcale nie spowoduje, że trudności ulegną rozwiązaniu. Daje za to złudne poczucie bezpieczeństwa, bo w sytuacji eskalowania się stanu dyskomfortu nie można liczyć na skuteczne wsparcie znajomych w sieci. Pojawiają się coraz większe zaburzenia w funkcjonowaniu społecznym. Młody człowiek albo zupełnie odcina się od rzeczywistości, albo szuka poprawy nastroju w środkach psychoaktywnych i wpada w pułapkę. Innym sposobem jest ucieczka w gry, w świat cyberprzestrzeni, gdzie mózg funkcjonuje na zasadzie automatyzmu, wyłącza się z konieczności odpowiadania i rozwiązywania dylematów, które stawia rzeczywistość. W końcu pojawiają się rozładowujące napięcie i lęk zachowania autoagresywne.

Z tego wynika jedno: że ani rodzice, ani lekarze nie mają na to wpływu i powstaje pętla.

Ta pętla musi być umiejętnie rozplątywana. Nasz system oświaty w ogóle nie jest przystosowany do tego, żeby rozwiązywać problemy zdrowia psychicznego, edukacji czy w ogóle cywilizacyjnego myślenia o higienie psychicznej. Zapominamy, że mamy dwa obszary zdrowotne: zdrowie somatyczne i zdrowie psychiczne – równie ważne i równoważne. A w Polsce w zdrowie psychiczne się nie inwestuje (3,5 proc. z ogólnej sumy przeznaczonej na zdrowie, średnia europejska 6 proc.). Największą wartością jest dla nas inwestowanie w zdrowie somatyczne, które też nie doprowadza do stuprocentowego poczucia bezpieczeństwa. Psychiatrzy sami nie uratują systemu. Nie ma możliwości zachowania zdrowia somatycznego bez zdrowia psychicznego, bo mózg jest naczelnym organem, który całkowicie steruje naszym systemem egzystencjalnym. Tam, gdzie większą wagę przykłada się do sprawczej roli mózgu, tam więcej inwestuje się w profilaktykę zaburzeń psychicznych, przeznacza się większe środki na to, by stworzyć możliwości uzyskiwania adekwatnej pomocy psychologicznej w sytuacjach kryzysowych. Więcej się inwestuje w kształcenie pedagogów choćby w taki sposób, żeby nie obciążali uczniów nadmiernym materiałem do opanowania. Zwłaszcza taką wiedzą, do której poza szkołą już nigdy w ciągu swego życia nie sięgną.

Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było samobójstwo siedmiolatka.

Dawniej samobójstwa osób młodych częściej związane były z chorobą psychiczną. Dzisiaj są efektem kryzysu, bezradności. Zarówno w domu, jak i w szkole pojawiła się absurdalna konieczność dokręcania śruby. A dokręcanie śruby to dodatkowe eksploatowanie mózgu, nie poprzez nabranie dystansu, żeby mózg mógł wypocząć, tylko hodowanie mózgu, który jest wymęczony, udręczony, w którym już nic więcej się nie zmieści. Ci małoletni samobójcy to nie są dzieci ze schizofrenią czy depresją psychotyczną. Oni nie dają rady żyć w permanentnym zmęczeniu i udręczeniu.

Czy lekarze psychiatrzy prawidłowo diagnozują dzieci?

Psychiatrzy nie mają problemu ze zdiagnozowaniem urojeń, omamów, lęków, depresji itd. Natomiast często mamy kłopot z nazywaniem tzw. patologii społecznej, której skutkiem są zaburzenia komunikacji, funkcjonowania w odmiennym systemie wartości. Nie jest rolą psychiatry mówić, jak żyć. To zadanie pedagogiki, socjologii, religii, ale dzisiaj przeżywamy kryzys świata wartości. A w tym kryzysie człowiek zostaje sam, bez wsparcia. Co robić, żeby tworzyć satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi i żeby je utrzymać, jak definiować siebie w określonych rolach społecznych, co to znaczy być ojcem, co to znaczy być dobrym dzieckiem? Kolejna rzecz to nauka tolerancji, umiejętność rozpoznawania, akceptowania i przekazywania innym pozytywnych doznań. Dzisiaj trzeba się tego na nowo nauczyć. Młody człowiek nie wie, co to znaczy okazywać szacunek, pozytywne uczucia, jak przekazywać opinie w akceptowalny sposób.

Jaka w takim razie jest filozofia współczesnej psychiatrii wobec wyzwań XXI wieku?

Musimy zmieniać warunki życia, nauki, pracy. Efektywność nauki, efektywność pracy i zadowolenie z życia są wprost proporcjonalne do wysiłku i czasu poświęconego na wypoczynek. Nie da się człowieka „zajeździć”. A wszyscy tego chcą. I ekonomiści, i politycy, i pracodawcy… Musimy obok obowiązkowych zadań stworzyć równoległy obszar czasowy i emocjonalny, poświęcony na wypoczynek, relaks i refleksję egzystencjalną. A ta refleksja to nic innego jak pozwolenie na udzielenie sobie odpowiedzi na pytania: jak żyć, żeby być szczęśliwym, żeby nie przeżywać lęku, by zachowywać prawidłowe relacje z otoczeniem. Dlatego uważamy, że należy zmienić cel i rolę szkoły. Czasami naiwnie myślimy, że trudności i problemy młodych ludzi powstają w ich głowach z niczego, a one przecież rodzą się z tego co w szkole i w domu, tam też powinny być rozwiązywane. Nie w psychiatrycznym szpitalu! W programach nauczania powinny być bardziej zaznaczone psychologia i myślenie proegzystencjalne. Szkoła musi być bardziej nastawiona na kształcenie umiejętności komunikacji, przekazywanie wartości i opinii, rozwiązywanie problemów niż na realizację podstaw programowych. Jeśli nauczyciel tylko stawia zadania i sprawdza wiadomości, wprowadza młodego człowieka w stan niepokoju i stresu. Tymczasem temu powinno towarzyszyć uczenie radzenia sobie ze stresem. Bez tej umiejętności stres może zabić możliwości odtwórcze i zablokuje zasoby intelektualne z powodu lęku przed oceną. A my nie powinniśmy się bać oceny, powinniśmy myśleć o tym, czy to, czego nauczyliśmy się dzisiaj, przyda nam się w życiu jutro.

Rozmawiał Waldemar Nowak

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza