Więcej

    Gen. prof. Grzegorz Gielerak: Brakuje nam jasnej „mapy drogowej” dotyczącej COVID-19

    Czuję niedosyt spowodowany brakiem jasnej, długofalowej strategii walki z epidemią, eksperckiej wiedzy, w jakim jej punkcie się znajdujemy, co zamierzamy w przyszłości. Ostatnią rzeczą, jaką powinno się komunikować, jest przekaz: „Obawiam się jesieni”. Zamiast tego należy się do niej dobrze przygotowywać mówi gen. dyw. prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego.

    Panie Profesorze, co się dzieje w Polsce z epidemią COVID-19? W środku lata mamy rekordy, jeśli chodzi o liczbę zakażonych. Czy to już jest początek „drugiej fali”?

    Nadal jest epidemia, Światowa Organizacja Zdrowia podtrzymuje stanowisko w tej kwestii, natomiast dane z ostatnich tygodni pokazują, że zagrożenie w dużej mierze ustąpiło. Na dziś jest za wcześnie, by podjąć decyzję o odstąpieniu od stanu epidemii, jednak mam nadzieję, że w ciągu najbliższych kilku tygodni taka decyzja będzie mogła zostać podjęta. A zwiększona liczba zarażonych? Cóż, to efekt zniesienia restrykcji i jednocześnie ograniczone stosowanie się mieszkańców poszczególnych krajów, w tym Polski, do zasad dystansowania społecznego, przestrzegania ustalonych w tym zakresie norm sanitarnych.

    Jednak w Polsce przez 3 miesiące dzienna liczba nowych zakażeń utrzymywała się mniej więcej na podobnym poziomie. Teraz zaczęła rosnąć. Co się stało?

    Wykonujemy znacznie więcej testów, dlatego to naturalne, że rozpoznajemy więcej przypadków. Dla mnie najważniejszym wykładnikiem tego, co naprawdę istotnego się dzieje, jest efekt kliniczny zakażeń. Liczba osób hospitalizowanych oraz wymagających wentylacji mechanicznej z powodu zakażenia koronawirusem w Polsce wyraźnie spada. To jest wyznacznikiem tego, w jakim punkcie zagrożenia epidemicznego jesteśmy. W naszym szpitalu w szczycie epidemii na SOR mieliśmy ok. 600 pacjentów podejrzanych o zakażenie koronawirusem tygodniowo – były to osoby z objawami infekcji, które testowaliśmy. Ok. 50-60 nowych osób tygodniowo przybywało na oddział zakaźny. W okresie od czerwca do połowy lipca hospitalizowaliśmy średnio jedynie 2-3 pacjentów z koronawirusem. Od 2 tygodni ponownie obserwujemy zwiększoną liczbę osób zgłaszających się z podejrzeniem zakażenia SARS-CoV-2 i niestety u kilku do kilkunastu z nich dziennie takie rozpoznanie potwierdzamy. Zamknęliśmy – na razie przejściowo – oddział intensywnej terapii COVID. Od końca maja nie mieliśmy pacjenta wymagającego intensywnej terapii. Spada liczba chorych wymagających mechanicznej wentylacji. Wirus mutuje i – tak jak w przypadku większości wirusów – mutacje go osłabiają.

    Czy w najbliższym czasie wrócimy do normalnego życia? Bez maseczek i innych obostrzeń?

    Maseczki i dystansowanie społeczne to jedne z niedocenianych korzyści tej epidemii. Mam nadzieję, że będą jej trwałym efektem. Utrzymywanie dystansu społecznego jest pożądane, bez względu na to, czy będzie epidemia, czy nie. Maseczki – te zwykłe, chirurgiczne – chronią osoby zdrowe przed chorymi. Korzyścią z epidemii jest to, że jeśli będziemy mieć jesienią infekcję – niezależnie, czy spowodowaną koronawirusem, wirusem grypy czy jakimkolwiek innym – to będziemy zakładać maseczki, by chronić siebie i innych. Przyniesie to na pewno wiele korzyści. Mam nadzieję, że dystansowanie społeczne, maseczki dla chorych, mycie rąk, czyli to, czego nauczyliśmy się w okresie epidemii, pozostanie z nami na długie lata i pozytywnie wpłynie na szeroko rozumiane zdrowie publiczne. Dzięki tym działaniom nie tylko zmniejszyliśmy ryzyko zakażenia COVID-19, ale też innymi chorobami zakaźnymi, zwłaszcza tymi przenoszonymi drogą kropelkową.

    Czyli: maseczki dla chorych, ale nie dla osób zdrowych, np. w autobusach, sklepach?

    Nie jesteśmy w stanie jednoznacznie zdefiniować, czy osoba jest zdrowa czy zakażona, to w takich miejscach jak sklepy, autobusy, zalecałbym maseczki. Odpowiedzialne za transmisję wirusa są przede wszystkim zatłoczone, słabo wentylowane pomieszczenia, co dowodzi, że unikanie takich miejsc, ryzykownych zachowań ma dziś dużo większe znaczenie dla ograniczania rozprzestrzeniania się epidemii niż stosowanie ograniczeń ogólnych.

    Czy sądzi Pan, że sytuacja w najbliższym czasie ma szansę się poprawić?

    SARS-CoV-1 ustąpił jako realne zagrożenie epidemiczne w lipcu 2003 r. Koronawirusy są z nami od zawsze, odpowiadają za dużą część jesienno-zimowych przeziębień. Powiem więcej: dysponujemy coraz większą liczbą danych wskazujących, że daleko nieprecyzyjne było twierdzenie z początku epidemii, że nie posiadamy żadnej odporności przeciw SARS-CoV-2. Częściowo ją posiadaliśmy, dzięki wcześniejszym kontaktom z innymi beta-koronawirusami. Oczywiście, nie jest ona w pełni tożsama, jednak badania przeprowadzone przez Instytut Kocha na próbie populacji mieszkańców Berlina wykazały, że 35 proc. osób, które nie miały kontaktu z wirusem SARS-CoV-2 posiadały na niego odporność komórkową warunkowaną przez limfocyty T swoiście aktywowane antygenami wspólnymi z innymi koronawirusami. Nasz układ odpornościowy traktuje SARS-1 i SARS-2 jako częściowo identyczne, co tłumaczy niepodatność części osób na szczep wirusa odpowiedzialny za obecną pandemię.

    Wirus SASR-CoV-2 jest niemal tak samo wrażliwy na czynniki fizyczne (ciepło, promienie UV) jak SARS-CoV-1. Stąd moja teza, że słabnie. Czynniki atmosferyczne powodują, że wirusy typowe dla okresu jesienno-zimowego, latem wyraźnie tracą zdolność reprodukcji. Nie znikają, ale tracą część swoich biologicznych właściwości odpowiedzialnych za masowe zakażenia wśród osób podatnych w okresie jesienno-zimowym.

    Jest Pan optymistą…

    Posługuję się danymi epidemiologicznymi i opiniami światowych wirusologów. Część z nich wycofuje się dziś ze stwierdzeń, które padały w marcu czy kwietniu, o tym, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, z czym ludzkość nigdy nie miała do czynienia i co ją zdziesiątkuje. Przyznają oni, że ulegli manipulacji stwierdzeniem „nie mamy na tego wirusa odporności”. Życie to zweryfikowało.

    Czy niektóre decyzje, które sparaliżowały kraj i nadal paraliżują, nie były niepotrzebne? Np. zamrożenie gospodarki?

    Będę bronił strategii przyjętej przez nasze państwo. W marcu wszyscy byli przerażeni zagrożeniem, informacjami z Chin, budowaniem w ciągu 7 dni potężnych szpitali, a potem sytuacją we Włoszech, kiedy umierało nawet 1000 osób dziennie. Nie dysponujemy tak wyrafinowanym systemem ochrony zdrowia jak Lombardia, najbogatszy region Włoch. Decyzja mogła być tylko jedna: ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa dzięki narodowej kwarantannie, zredukować tą drogą liczbę zakażeń i pozwolić zachować wydolność systemu ochrony zdrowia. I ta decyzja była słuszna.

    Pytanie: jaką dziś mamy strategię walki z epidemią na kolejne tygodnie i miesiące, biorąc pod uwagę zbliżającą się jesień i zimę.

    Jak taka strategia powinna wyglądać?

    Na podstawie dostępnych danych można już wypracować jednolite stanowisko np. w kwestii, czy dzieci, młodzież, studenci wrócą od jesieni do szkół i na uniwersytety. Wiemy, że dzieci nie transmitują zakażeń, a jeśli już, to w ograniczonym zakresie. Warto czerpać z doświadczeń Szwajcarów, którzy jako pierwsi otworzyli szkoły i z tego powodu liczba zakażeń wcale nie wzrosła.

    Brakuje nam jasnej „mapy drogowej”, co przed nami. Spowodowałoby to, że wychodząc z lockdownu, zaczęlibyśmy zachowywać się bardziej odważnie. To, jak wygląda nasza gospodarka i życie społeczne, w ok. 70 proc. zależy od emocji i leżącego u ich podstaw poczucia bezpieczeństwa obywateli. Celem osób zarządzających powinno być obniżanie poczucia lęku. A to jest możliwe, gdy mówimy jasno, co już wiemy o chorobie oraz w jaki sposób wiedza ta przekłada się na nasze – społeczeństwa, państwa – zachowania, reakcje.

    Brakuje mi też racjonalnego podsumowania wszystkich aspektów epidemii: kogo głównie dotyka, jak powinien być zorganizowany system ochrony zdrowia, tzn. czy powinniśmy iść ścieżką szpitali jednoimiennych, czy raczej leczenia ambulatoryjnego w lekkich przypadkach, jak Włochy i Francja, natomiast ciężkich w każdym szpitalu, w którym jest OIOM – tzw. model rozproszony. Być może należałoby bardziej wzorować się na Niemczech i Szwecji, które poszły ścieżką budowania odporności zbiorowej. W pewnym momencie WHO nawet przedstawiało Szwecję jako kraj, który poszedł najlepszą ścieżką. Nie zabezpieczyli jednak najsłabszych i to był katastrofalny błąd. Ta epidemia i odpowiedzialny za nią patogen jest generalnie niegroźny dla osób młodych, za to stanowi śmiertelne zagrożenie dla starszych. To właśnie ich powinniśmy chronić, myśląc o budowaniu strategii postępowania, jaką zastosujemy jesienią.

    W jaki sposób te osoby chronić?

    Izolować. Dla nich zagrożeniem nie są oni sami, tylko osoby sprawujące nad nimi opiekę. Dlatego np. w DPS-ach powinniśmy masowo testować opiekunów.

    Co jeszcze warto zrobić przed jesienią?

    Musimy inwestować we własną odporność. Obecnie jesteśmy w idealnym momencie, jeśli chodzi o roczny cykl odporności, a jednocześnie w takim czasie, kiedy tę odporność można jeszcze budować. Ruch, świeże powietrze, witamina D, słońce, odpowiednia dieta: wszystko to buduje naturalną odporność. Witamina D ma udowodniony wpływ na układ immunologiczny. Może więc warto sprawdzić, jaki mamy jej poziom w organizmie? Takimi informacjami powinniśmy być dziś przez media zarzucani. Doświadczenia niektórych krajów np. Czech, pokazują, że doskonale sprawdzającą się w praktyce metodą komunikacji jest tzw. krótkie sprzężenie zwrotne: wszelkie wątpliwości, pytania i uwagi dotyczące epidemii są niezwłocznie wyjaśniane, komunikowane przez kompetentne służby państwowe.

    Minister zdrowia z premierem powinni o tym mówić na konferencjach prasowych?

    Osobiście rekomendowałbym takie właśnie postępowanie. Po pierwsze budowałoby to poczucie, że mamy jasną strategię działania. Po drugie, jesienią każdy z nas miałby większą odporność. Z kwarantanny wyszliśmy bardzo osłabieni: przez kilka tygodni zamknięci, z dość ograniczonym menu, niską aktywnością fizyczną. Dziś tę odporność trzeba odtworzyć.

    Kolejna sprawa: jest już aplikacja ProteGoSafe. Tego typu model walki z epidemią, z wykorzystaniem nowych technologii, bardzo pozytywnie wpłynął na ograniczanie liczby zakażeń w Korei Południowej. W okresie największej inwazyjności koronawirusa śmiertelność była tam rzędu 0,6 proc. Ta aplikacja powinna być powszechniej niż dziś stosowana w Polsce. Apelowali o to ministrowie, jednak sam apel to za mało, powinny za tym iść konkretne działania. Uważam, że w tych miejscach, w których istnieje wysokie ryzyko wystąpienia ognisk zachorowań, jak kopalnie, duże zakłady pracy, DPS-y, ośrodki dla uchodźców, wojsko, policja, straż pożarna, stosowanie tej aplikacji powinno być obligatoryjne – również dla członków rodzin.

    Czyli: aplikacja obowiązkowa w grupach ryzyka?

    Tak. Poza tym w Krajowym Rejestrze Pacjentów z COVID-19 mamy już szczegółowe dane epidemiologiczne ponad 46 tys. osób. Znajduje się tam szereg cennych informacji, na podstawie których możemy budować wstępne wnioski dotyczące ryzyka zakażenia: skąd się bierze, kogo dotyczy. Formułowanie na podstawie tych analiz wytycznych dla podmiotów leczniczych i instytucji uczestniczących w walce z epidemią poprawia racjonalność podejmowanych decyzji.

    Jestem pozytywnie zaskoczony tym, jak Polacy zachowali się w czasie kwarantanny, z jaką powagą podeszliśmy do tego, by przerwać rozprzestrzenianie się wirusa. To był ogromny kredyt zaufania, który społeczeństwo dało władzy. Teraz po stronie rządzących jest to, aby tego zaufania nie stracić. Trzeba pokazać, że panujemy nad sytuacją, budujemy strategię na przyszłość. Jeśli tak się nie stanie, to wejdziemy w jesień w stanie chaosu. Pamiętajmy, że smutną konstatację budzi nie tylko fakt, że ponad 1700 osób zmarło z powodu koronawirusa. Pacjenci mieli ograniczoną dostępność do systemu ochrony zdrowia. Są też osoby, które ucierpiały na skutek epidemii w inny sposób, mają np. problemy emocjonalne, związane nie tylko z pogorszeniem stanu zdrowia, ale też sytuacji finansowej.

    Jesienią epidemia nasili się? Będzie druga fala?

    Na pewno musimy być przygotowani na taką opcję. Jeśli jednak przyjąć, że mamy do czynienia z koronawirusem, to zgodnie z naturalną historią tego typu infekcji, one słabną w okresie letnim. To znaczy: przetrwają u pojedynczych osób, by odnowić się w populacji osób podatnych w okresie jesienno-zimowym. Czy będzie to miało charakter epidemii, w dużej mierze zależy od tego, na ile mądrze i odpowiedzialnie wykorzystamy najbliższe tygodnie do ograniczenia ryzyka związanego z niekorzystnym rozwojem zdarzeń. Część z nas posiada już swoiste przeciwciała, a wirus w toku kolejnych mutacji staje się coraz słabszy. Nie można też wykluczyć sytuacji dodatkowo budującej naszą zbiorową odporność, a mianowicie kontaktu osłabionego wirusa z silnym organizmem: to forma naturalnego szczepienia ateuowanym (osłabionym) drobnoustrojem. Zresztą, nad wyraz łagodny przebieg kliniczny zakażenia koronawirusem, jaki obserwujemy w naszym kraju, jest swego rodzaju fenomenem, który w toku prowadzonych obecnie badań, mam nadzieję uda się nam wyjaśnić. Nie zmienia to jednak faktu, że mierząc się z epidemią, nawet przy tak sprzyjających jak wspomniane okoliczności, należy zachowywać się mądrze i roztropnie.

    A co ze szczepieniami przeciw COVID?

    W Polsce liczba osób stanowiących grupę ryzyka ciężkiego przebiegu COVID-19 to ok. 9,5 mln. Generalnie nie przeceniałbym dziś znaczenia i roli szczepionki w walce z epidemią. Stawiałbym za to na wykorzystanie tego, czym dysponujemy tu i teraz. Z jednej strony jest to budowanie w sposób kontrolowany zbiorowej odporności populacjioraz wzmacnianie odporności indywidualnej, z drugiej zaś wykorzystywanie technologii informatycznych oraz danych pochodzących z rejestrów chorych, szczegółowo definiujących aktualną sytuację epidemiczną. A z trzeciej strony: utrwalanie indywidualnych i społecznych zachowań realnie ograniczających transmisję wirusa: mycie rąk, dystans społeczny, maseczki noszone zwłaszcza w przestrzeniach zamkniętych, słabo wentylowanych.

    Osobiście czuję pewien niedosyt spowodowany brakiem jasnej, długofalowej strategii walki z epidemią SARS-CoV-2; eksperckiej wiedzy na temat tego, w jakim jej punkcie aktualnie się znajdujemy, co zamierzamy w bliższej i dalszej przyszłości zrobić, jakich do tego planujemy użyć zasobów oraz czego oczekujemy od służb państwowych, ale również od społeczeństwa. Ostatnią rzeczą, jaką powinno się komunikować, jest przekaz: „Obawiam się jesieni”. Zamiast tego należy się do niej dobrze przygotowywać.

    Gen. dyw. prof. dr hab. n. med.Grzegorz Gielerak, kardiolog, specjalista chorób wewnętrznych, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego

    Rozmawiali: Katarzyna Pinkosz i Paweł Kruś

    Więcej od autora

    Podobne artykuły

    ŚWIAT LEKARZA 3D

    Najnowsze artykuły

    Prof. Adam Witkowski, prof. Tomasz Hryniewiecki, prof. Piotr Jankowski, wiceminister zdrowia Waldemar Kraska, poseł Tomasz Latos w debacie Świata Lekarza: Jak skrócić kolejki do...

    Kilka miesięcy: tyle średnio trzeba czekać na wizytę do kardiologa. W niektórych ośrodkach trwa to jeszcze dłużej, choć są też miejsca, gdzie...

    Badam Się, Bo Chcę Żyć – ruszyła ogólnopolska kampania społeczna

    W ciągu ostatnich miesięcy doszło do alarmującego spadku wykonywanych badań profilaktycznych, diagnostycznych, wizyt kontrolnych. W obliczu narastającej epidemii chorób sercowo-naczyniowych, onkologicznych, neurologicznych,...

    Młodzi lekarze motorem napędowym wdrażania innowacji w medycynie. 2/3 wskazuje jednak na potrzebę szkoleń w zakresie nowych technologii

    Cyfrowe dane medyczne to hasło odmieniane w służbie zdrowia przez wszystkie przypadki. Od ich odpowiedniego wykorzystania zależy zarówno skuteczność diagnozowania i leczenia pacjentów, jak...

    Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

    Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D