Demon populizmu krąży nad wyborczą Polską

Kampania wyborcza obudziła w Polsce demona populizmu. Demon się obudził, bo ma w naszym kraju coraz liczniejszą publiczność gotową bić mu brawo tym silniej – im bardziej będzie ją oszukiwał i wodził na pokuszenie.

Brutalna prawda o naszej sytuacji jest taka, że od wielu lat co roku powiększamy dług publiczny o kilkadziesiąt miliardów złotych, na które zaciągamy dług sprzedając państwowe obligacje, które kiedyś musimy przecież spłacić. W przyszłym roku w kasie państwa zabraknie co najmniej
56 miliardów. Jest to zaplanowane w ustawie budżetowej. Co roku naszą wymarzoną, z takim poświęceniem wywalczoną Wolną Polskę zadłużamy na podobną sumę. Filozofia życia na kredyt, który kiedyś – jeśli będziemy mieli szczęście – pochłonie jakaś ogromna wojna, a jeśli nie będziemy mieli szczęścia – będą musieli spłacić nasi potomkowie, obowiązuje nie tylko w naszym kraju. Zadłużają się również dużo bogatsze i silniejsze kraje od nas, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Jednak należy pamiętać o naszym starym porzekadle, że „co wolno wojewodzie…”, bo my w obecnym światowym układzie sił wojewodą nie jesteśmy.

W czasie kampanii wyborczej zdecydowana większość polityków nic nie mówi na temat rosnącego zadłużenia. Uważają, że ta prawda pozbawiłaby ich poparcia, bo wyborcy chętniej głosują na tych, którzy mówią im piękne kłamstwa i obiecują niemożliwe do spełnienia rzeczy. W czasie kampanii wyborczej politycy zachowują się tak, jakby odpowiedzialność za państwo nie miała żadnej wartości. Jeśli się nie opamiętamy, czeka nas los Grecji, która drogo płaci za nieodpowiedzialną politykę kolejnych rządów zadłużających kraj bez opamiętania przez dziesięciolecia. Sytuacja demograficzna jest dla Polski fatalna. Będziemy się starzeli coraz szybciej. Koszty rent, emerytur oraz opieki lekarskiej będą u nas rosły bardzo szybko. Będziemy musieli zaciągać na nie kolejne długi, aż wreszcie doprowadzimy do kompletnej katastrofy finansów publicznych i nędzy milionów starych i bezbronnych obywateli.

Politycy myślą w kategorii zdobycia władzy i utrzymania jej co najmniej jedną kadencję. Mężowie stanu powinni widzieć dużo dalej. Dlatego jednoczesne zapowiedzi podwyższenia płac, obniżenia podatków i wieku przechodzenia na emeryturę powinniśmy traktować jako zapowiedź nieuchronnej katastrofy.
W naszej sytuacji – to po prostu niemożliwe. Im wcześniej zaczniemy słuchać i popierać tych, którzy nie obiecują nam gruszek na wierzbie, tym większą będziemy mieli szansę uniknięcia losu Grecji. Greków notabene ratuje to, że są w strefie euro. Gdyby mieli drachmę – nie otrzymaliby od Europy pomocy na skalę swojej nieodpowiedzialności i populizmu. My nie jesteśmy w strefie euro. Nie mamy też łagodnego klimatu i ciepłego morza. W bardzo niestabilnych czasach powinniśmy robić wszystko, żeby filary naszej wolności i dobrobytu, jakimi są NATO i Unia Europejska, nie były osłabiane. Słaba, zadłużona i pogrążona w finansowej zapaści Polska nie będzie miała żadnych szans.

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza