Więcej

    Gorączki krwotoczne i tropikalne wirusy

    Nie minęły dwa lata i ebola wróciła. Nie wiadomo, czy znowu zdoła zabić ponad 11 tys. osób, jak podczas ostatniej epidemii w Afryce Zachodniej. Natomiast jest pewne, że wirusowi przyjdzie się zmierzyć w warunkach polowych z eksperymentalną szczepionką.

    Epidemie gorączek tropikalnych są jak sezon ogórkowy – nadchodzą wczesnym latem i na ogół po kilku miesiącach wygasają. Wtedy zresztą mają swój wielki czas w mediach, bo mistrzostwa świata w piłce nożnej czy letnia olimpiada są co cztery lata, a w polityce też nic się nie dzieje. Czasem jednak, jak w Afryce Zachodniej w 2014 roku, wybucha epidemia, która trwa dwa lata i pociąga za sobą nie kilkadziesiąt ofiar, nie kilkaset, ale kilkanaście tysięcy zgonów. Na ogół tak się nie dzieje. Bowiem gorączki krwotoczne wywoływane przez tropikalne wirusy (których tropikalność wynika na ogół z ograniczonego zasięgu geograficznego roznoszącego je wektora) rzadko opuszczają tropiki.

    Obligatoryjna kwarantanna

    Najnowsza epidemia gorączki krwotocznej wywołanej przez wirus ebola wybuchła 4 kwietnia 2018 roku. Do 20 czerwca zanotowano 61 (31 potwierdzonych laboratoryjnie) przypadków choroby, w tym 28 zgonów. Epidemia szerzyła się w regionie Iboko, Bikoro i Wangata. Zakażeniu uległo pięć osób personelu medycznego, z czego dwie zmarły. Ponad 1500 osób, które kontaktowały się z potwierdzonymi chorymi, zakończyło już obligatoryjną 21-dniową kwarantannę.

    Wyśledzenie i poddanie kwarantannie osób zakażonych zawsze było jedyną dostępną opcją walki z rozprzestrzenianiem się chorób epidemicznych, gdzie nie ma dostępnej masowej profilaktyki ani leczenia. W przypadku zakażeń wirusem ebola była to metoda skuteczna, zwłaszcza gdy nie można było nawiązać rozmowy z niektórymi nieprzytomnymi już chorymi.

    Nikt nie jest bezpieczny w globalnej wiosce

    Gorączka krwotoczna wywoływana przez ten wirus ma najczęściej charakter piorunujący i co najmniej w połowie przypadków – śmiertelny. Co zresztą, w czasach sprzed powstania w Afryce Subsaharyjskiej wielkich metropolii, ograniczało powstawanie ognisk epidemicznych jako takich. Po prostu zakażony człowiek (np. poprzez konsumpcję zakażonego i zbyt surowego mięsa małpy) zmarł najczęściej w dżungli, zanim dotarł do jakichkolwiek siedzib ludzkich. Dwa lata temu epidemia doprowadziła do śmierci wielu mieszkańców zachodnioafrykańskich metropolii.

    Wprowadzono wówczas restrykcje na lotniskach, zdarzały się zachorowania i zgony pochodzącego z Europy personelu medycznego. Wystąpiły także izolowane przypadki zawleczenia na terytorium USA. Mimo zmasowanych wysiłków WHO epidemia szerzyła się dwa lata i pokazała, że nie tylko w afrykańskiej, ale i w globalnej wiosce nikt już nie jest bezpieczny.

    Naturalny nosiciel wirusa Ebola

    Dopiero niedawno okazało się również, że wirus ebola ma naturalnego nosiciela – kilka gatunków nietoperzy odżywiających się owocami. Czyli istnieje rezerwuar wirusa poza chorymi ssakami naczelnymi. Na ebolę, w zależności od szczepu, chorują bowiem tak ludzie, jak i małpy. Najgroźniejszy dla ludzi – jak wynika z obserwacji zaistniałych dotąd epidemii – jest szczep nazwany zairskim. Chorobotwórczość tego filowirusa, którego zbudowany z RNA genom wydaje się prosty i ubogi, opiera się na działaniu kilku białek. Genom stanowi jedna prosta nić RNA o negatywnej polarności. Oznacza to, że cząsteczka wirusa nie może od razu ulec translacji i generować wirusowe białka. Wirus niesie zatem molekułę RNA-zależnej polimerazy RNA. Ta syntezuje cząsteczki przypominające ludzki mRNA na tyle skutecznie, że ulegają one translacji za pomocą naszej maszynerii komórkowej. W genomie eboli kodowanych jest siedem białek.

    Wirus ebola ma cztery główne mechanizmy zjadliwości. Po pierwsze, białka eVP24 i eVP35. Ich zadaniem jest hamowanie działania interferonów typu I i III, czyli podstawowej odpowiedzi antywirusowej. Nie jest to jednak działanie ze swej natury banalne. Np. białko eVP24 hamuje ścieżkę transdukcji sygnału opartą o interferon typu I i typu III. Białko eVP24 w tym celu wiąże się z jednym z białek odpowiedzialnych za import do jądra komórkowego (tzw. KPNA). KPNA związane z eVP24 nie jest w stanie związać się z ufosforylowanym STAT1, co uniemożliwia import tej kluczowej cząsteczki do jądra komórki. I sygnał z interferonów ulega zatrzymaniu. Po drugie, te same dwa białka potrafią także, w jakiś sposób, doprowadzić do bardzo wydajnej apoptozy limfocytów w miejscu zakażenia. Po trzecie, także glikoproteiny wirusa ebola nie są bezczynne. Działają jak pułapki na krążące przeciwciała. Po czwarte, te same glikoproteiny wbudowują się również w błony komórkowe, zastępując nasze białka o tym charakterze, co ułatwia adhezję cząsteczek wirusa do błon komórkowych i gwałtowne atakowanie kolejnych komórek gospodarza. Zjadliwość wirusa pozwala mu zatem perfekcyjnie opanować wejście do naszych komórek, namnażanie się w nich oraz unikanie odpowiedzi immunologicznej. Faza krwotoczna gorączki następuje wtedy, gdy zainfekowane śródbłonki naczyń po prostu się rozpadają pod wpływem namnożonych w nich potomnych cząsteczek wirusa gotowych do kolejnego ataku.

    Eksperymentalna szczepionka

    Wirus ebola to jednak nie pasożyt doskonały. Wywołane nim schorzenie jest zbyt piorunujące i ma za wysoką śmiertelność. Zatem zasięg zakażenia przez bezpośredni kontakt z płynami ustrojowymi, zwłaszcza krwią, przez które następuje zakażenie, jest zasadniczo niewielki. Jednak, jak widzimy, wirus powrócił dziś do swej kolebki, gdzie się „narodził” i wywołał pierwszą epidemię w 1976 roku. Bo wtedy dzisiejsza Demokratyczna Republika Konga nazywała się Zair. Ebola zaś to średniej wielkości kongijska rzeka, o której nazwie, nadanej przez Belgów, nikt poza geografami i lokalną administracją nigdy by nie usłyszał, gdyby nie wirus.

    Skoro jednak wiadomo, że tam wirus się nie zatrzymał i przez te 40 lat z okładem – w różnych wariantach – pojawił się epidemicznie w wielu miejscach Afryki Subsaharyjskiej oraz w formie odizolowanych zakażeń w kilku krajach zachodniego świata, pocieszająca jest wieść o szczepionce. Jest to preparat eksperymentalny o nazwie rVSV-ZEBOV (lub V920). Oznacza to, że amerykańska FDA, jak zwykle bardzo ostrożna i wręcz flegmatyczna w procesie rejestracji leków, nie podchodzi szczególnie do szczepionki przeciw eboli. I że szczepionkę można jednak stosować – i tak została ona zastosowana w Demokratycznej Republice Konga – „dla ratowania życia”. Sam preparat przeszedł już kliniczny chrzest bojowy. W grudniu 2016, czyli już po wygaszeniu epidemii zachodnioafrykańskiej, WHO ogłosiła wyniki badań klinicznych przeprowadzonych dla tej szczepionki kilka miesięcy wcześniej, gdy epidemia dogasała, w Gwinei. Próby przeprowadzono na 12 tysiącach ochotników. W grupie zaszczepionej (6 tys. osób) nie wystąpiło zachorowanie. W grupie kontrolnej choroba pojawiła się 23 razy.

    16 maja pierwsze 4 tysiące dawki tej szczepionki wylądowało w Kinszasie, by, według słów dyrektora generalnego WHO Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa, podać ją personelowi medycznemu i 382 osobom z kontaktu z zakażonymi. Jednak nie w możliwościach produkcyjnych preparatu tkwi ograniczenie, ale w naturze tych warunków polowych, z jakim trzeba się zmierzyć w Kongu. Samo rozwiezienie szczepionki z Kinszasy do regionów, gdzie dotąd zanotowano zakażenia, to jedno. Utrzymanie szczepionki przed podaniem w głębokim zamrożeniu (-60 do -80 st. C), co gwarantuje jej jakość, to drugie, w warunkach afrykańskiej prowincji właściwie niespełnialne wymaganie. Jeśli jednak mimo poważnych problemów logistycznych szczepionka zadziała, będzie to naprawdę milowy krok w walce z wirusem, który coraz bardziej śmiertelnie zagraża nam wszystkim.

    Post scriptum, grudzień 2018: Dziś już wiemy, że zastosowana w warunkach polowych eksperymentalna szczepionka mogła się przyczynić do całkowitego opanowania bardzo źle początkowo rokującej epidemii wirusa. Służby i administracja medyczna z terenów objętych epidemią używają w kontekście tego szczepienia określenia „game changer”, czyli uznają go oficjalnie za niezmiernie pomocny w szybkim zakończeniu zmagań.

    Więcej od autora

    Magdalena Kawalec-Segond
    biolog molekularny, mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii”

    Podobne artykuły

    ŚWIAT LEKARZA 3Dspot_img

    Najnowsze artykuły

    Prezes Grądkowski: „Ta ustawa może pogrążyć polskich producentów”. Posłowie uspokajają

    Założenia są bardzo dobre: ustawa ma zapewnić pacjentom bezpieczeństwo. Popieram ten postulat, jednak najwięcej wątpliwości budzą przepisy dotyczące propozycji kar. Nasza propozycja polega na dodaniu...

    Czy higiena jamy ustnej powinna zostać włączona do metod walki z COVID-19? Dzień Nitkowania – 26 listopada 2021 r.

    Nitkowanie zębów znacząco wpływa na poprawę jakości zdrowia jamy ustnej i powinno stanowić nieodłączny element codziennej higieny.Samo szczotkowanie zębów nie wystarczy, aby zapobiegać namnażaniu...

    Michał Nitka: Leki blisko pacjentów

    Europa straciła pozycję lidera w obszarze produkcji aktywnych składników farmaceutycznych w  sektorze leków generycznych. Teva, jako jeden z największych dostawców leków do europejskich  systemów  opieki zdrowotnej, dba o zaopatrzenie...

    Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

    Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D