Więcej

    Profesor Stefan Kruś

    Profesor Stefan Kruś, czyli jak nie walić kamieniem w łeb koci lub ludzki, ale delikatnie popukać się we własny!

    Stefan Kruś urodził się 20 czerwca 1926 w Warszawie i całe swoje życie, nie tylko zawodowe, związał z tym miastem. W czerwcu 1939 ukończył I klasę Gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Poprzez tajne nauczanie w okupowanej przez Niemców Warszawie doszedł do matury, niemal w przeddzień powstania, w połowie czerwca 1944 r. Na przełomie stycznia i lutego 1945 rozpoczął studia lekarskie na Uniwersytecie Warszawskim i od tego momentu przez całe zawodowe życie związany był z warszawską uczelnią medyczną (Wydział Lekarski UW, Warszawska Akademia Medyczna, Akademia Medyczna w Warszawie i od. 2008 Warszawski Uniwersytet Medyczny). Studia ukończył latem 1949 r. Już jako student – demonstrator w Zakładzie Histologii (1946 r.) związał się zawodowo z uczelnią, a konkretnie z Zakładem Anatomii Patologicznej, gdzie w latach 1950 – 1996 pracował kolejno jako asystent, adiunkt, docent i profesor, a od roku 1970 do emerytury Zakładem tym kierował.

    W latach 1956-57 Stefan Kruś pracował w Szpitalu Polskim w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, jako konsultant anatomopatolog Szpitala Polskiego w Hamhynie, a w latach 1959-60 był stypendystą Fundacji Rockefellera w Mount Sinai Hospital w Nowym Jorku. Od chwili założenia (1958) jest członkiem Polskiego Towarzystwa Patologów. Pisał też felietony.

    Studenci

    Pracował z nimi na co dzień, pisał dla nich podręczniki. Jak wielu innych autorów książek i monografii zastanawiał się, jak i w jakim zakresie trzeba przekazywać wiedzę z zakresu anatomii patologicznej studentowi medycyny, a potem lekarzowi-praktykowi. I sam sobie na to pytanie odpowiadał: – należy starać się przedstawiać cechy morfologiczne z zestawieniem objawów i powiązań u chorego człowieka. A zatem: podstawy zasady, szczególiki „na okrasę”. A podczas egzaminu, oczywiście ustnego – nie testowego – czego i jak wymagać? Najważniejsze było zorientować się: – czy kandydat myśli logicznie i nie recytuje na pamięć wszelkich genów i dróżek metabolicznych.

    Były też, oczywiście, wykłady. Na początku roku akademickiego te inauguracyjne, wprowadzające w tematykę przedmiotu, ale nie tylko, co można zobaczyć na przykładzie – wykład Spinoza. Zebrane zostały w zbiorze „Dwadzieścia październikowych spotkań z anatomią patologiczną” (1996) i później (uzupełnione) wydane w tomie „Wykłady inauguracyjne z anatomii patologicznej: 1. 10. 1974 – 7. 10. 1996” (2010).

    Wszystkie były ważne i ciekawe, ale do historii warszawskiej uczelni medycznej przeszedł przede wszystkim jeden, zwany później potocznie „Modlitwą Majmonidesa”, a  wygłoszony 2 października 1979 r. w Teatrze Wielkim podczas inauguracji roku akademickiego 1979/80.

    Poza uroczystymi, odbywały się także – rzecz jasna – stricte merytoryczne, cotygodniowe wykłady obejmujące cały kurs Anatomii patologicznej. Jako wykładowca czuł się dobrze z kredą w ręce, blisko tablicy. – Kiedy naciskał guziki, zatracał się, a odbiorcy patrzyli na niego z niedowierzaniem – napisał kiedyś sam o sobie. Przez kilkanaście kolejnych lat trwały też specjalne spotkania studentów z Nim i z Anatomią patologiczną. Zawsze w sobotę i zawsze o ósmej rano. Profesor Stefan Kruś napisał o nich: – Były to spotkania bez szyby między zainteresowanym studentem a zainteresowanym profesorem. Przedmiotem był pokaz sekcyjny [… gdyż] poznawanie przez lekarza ciała zmarłego człowieka należy do ważnych sposobów nauczania medycyny. Wykłady uczyły obie strony anatomii patologicznej i… pokory.

    [notification type=”error” title=”Zdjęcia do publikacji”]

    Pobierz zdjęcia do publikacji

    Stefan Kruś na fotografiach-cz1

    Stefan Kruś na fotografiach-cz2

    Stefan Kruś na fotografiach-cz3

    Stefan Kruś na fotografiach-cz4

    [/notification]

     

    I wreszcie… wiersze. Pisane także dla studentów i przekazywane im za pośrednictwem tablicy ogłoszeń w Anatomicum, jak choćby ten z 1975 roku:

    O tym się, Uczniu, dowiedz,

    Że Kruś Ci życzy Stefan,

    By w święta był makowiec,

    Babka oraz marcepan,

    Strucla, orzechów garstka

    Kiedy zaświeci Gwiazdka.

    A karp niech z wanny prosto

    Wskoczy na Twój talerzyk,

    Zgodnie z tradycją postną

    Kapusta się należy.

    I grzyby, nie namiastka,

    Kiedy zaświeci Gwiazdka.

    Płynnych produktów pszczelich

    Przygotuj zapas sobie,

    Napełnij nimi kielich

    I wypij moje zdrowie

    Nie na miarę naparstka,

    Kiedy zaświeci Gwiazdka.

    Ponieważ koniec lekcji,

    Trudno mi uczyć Ciebie,

    Ale w chwili refleksji

    Pomyśl o zwykłym chlebie,

    Chleb czarny, biel opłatka,

    Kiedy zaświeci Gwiazdka.

    Chleba niech nie zabraknie

    I w spichrzu i na niwie,

    Jego niech nie ułaknie,

    Kto pracował uczciwie.

    Skończona przypowiastka!

    Patrzcie, już świeci Gwiazdka.

    Czytelnicy

    Nie tylko wiersze i nie tylko dla studentów tworzył Profesor. Od 1983 r. pisywał felietony o nagłówku Obywatelu Redaktorze, K. I. Gałczyński, koniec cytatu (manifestującym uznanie dla Poety). Powstało ich około 300 i można je było czytać m.in. w „Polskim Tygodniku Lekarskim” i „Nowym Medyku”, nieistniejącym już dwutygodniku dla studentów medycyny, w dużej mierze przez nich redagowanym (naczelny – Andrzej Doroba), a w ostatnich latach także na łamach „Managera Apteki” i „Świata Lekarza”. Były one wydane w zbiorkach „Felietony przekorne” (I i II) i (po zmianach i uzupełnieniu) „Wiecznym piórem – na przekór” (I i II), gdzie we wstępie czytamy: Wybór niniejszy składa się z drobnych obrazków z mojego życia, osadzonego w otoczeniu rodziny, przyjaciół, nauczycieli, studentów i wspomnień. Są one komentarzami do przeżyć, rozmów i wskazówek zbieranych w ciągu wielu lat. […] Polska wyziera z każdej kartki: bogata albo biedna, zwycięska lub podbita, o anielskich duszach i rubasznych czerepach, na dobre i złe – nasza. […] Przewijają się [w książce] rozważania o spędzaniu doczesności z sensem zalecanym przez wszystkie religie, filozofie i poważne systemy polityczne. Przyziemność zapewnia wędrówkę na bosaka po bruku z kocich łbów. Zmiana przyziemności na przyjemność jest trudna. A chodzi tylko o to, aby nie walić kamieniem w łeb koci lub ludzki, ale delikatnie popukać się we własny!

    Innym razem pisze o sobie: Trwa w głębokim przekonaniu, że dzięki niemu właśnie nierzeczywisty mit staje się w końcu prawdą, a prawda jest zawsze rzeczywistością. Gdzie indziej o swoich felietonach mówi: Ich przewodnim tematem było uświadamianie Czytelnikom, że żyjemy w warunkach planowanej i świetnie kierowanej inwazji dzikusów, a każdy jaki taki dom rodzinny odsuwa klęskę na jakiś czas.

    Czytelnik zaś sam dostrzeże w nich wiarę, być może naiwną, w człowieka, jego dobroć i mądrość. I w miłość – w każdej postaci. Zrozumienie, a nawet pobłażanie dla ludzkich słabości. Delikatność, szarmanckość, a może też nieśmiałość i pewnego rodzaju uwielbienie dla kobiet, zwanych „księżniczkami”, traktowanych trochę jak istoty nieziemskie, choć niezwykle w ziemskim życiu mężczyzny potrzebne.

    Poniżej przedstawiamy fragmenty z pierwszego i drugiego tomu felietonów oraz z wykładów Profesora

    [tabs]

    [tab title=”tom_1″ ]

    Franciszek Villon był podobno obwiesiem, ale matkago kochała, bo matka kocha zawsze. Odpłacał jej tym samym. Na pewno w chwilach ciężkich szukał uniej wsparcia i opieki, a gdy i ona jej potrzebowała, podarował jej taką piękną modlitwę: Królowo niebios, cysarzowo ziemi, Pani monarsza czeluści piekielnych, Przyim mnie, pokorną między pokornemi, Niech pośród sług twych siądę nieśmiertelnych, Mimo iż barzo niegodna twey łaski. Dobroć twa, pani nadziemskie pociechy, Więtsza owiele niźli moie grzechy; Bez niey, daremnie duszy się wydzierać tam, kędy świecą wiekuiste blaski. W tey wierze pragnę żyć iak y umierać… (tłum. Tadeusz Żeleński – Boy) Troska odziecko zaczyna się zaraz po wydaniu go naświat: panie doktorze, czy ma wszystkie palce? Dla rodziców nie kończy się nigdy, zjednym właściwie marzeniemzasadniczym, żeby samemu nie żyć dłużej niż ono.Każda minuta spóźnionego powrotu zprzedszkola,szkoły, uczelni, pracy, zabawy, zagranicy, skądkolwiek, toiudręka, iulga, że tym razem na szczęście nic. Patrzę nieraz wieczorem na Hanię, jak klęczy przed obrazem i modli się. Wiem, że za nich, za naszych synków, synów, wielkich chłopów, a przecież ciągle takich małych, tak bardzo nas potrzebujących, tak bardzo naszych. Może mówi te słowa, odnalezione w starych szpargałach:

    Tobie, o Matko, coś straciła Syna,
    Dwóch moich chłopców polecam opiece.
    Obroń ich mocą i obroń ich sercem,
    Gdyby fatalna nadeszła godzina.
    Ty stałaś przy nich, kiedy byli mali,
    Radość od Ciebie przez moje szła ręce.
    Dzięki Ci, Pani, za szczęście dziecięce,
    Jakie przeżyli i zapamiętali.
    Dzisiaj zobaczysz w nich ludzi dorosłych,
    Grożą kłopoty, burze i męczarnie.
    Zgódź się, o Matko, byśmy solidarnie
    Tarczę od złego nadal razem niosły.

    1992

    [seperator style=”style1″][/seperator]

    Ojciec zawsze umiera nagle. Wszystko jedno, czy nictego przedtem nie zapowiadało, czy też ciężkochorował. Ojciec zawsze umiera nagle. W życiu człowieka najpierw istnieje matka: uczy pacierza, śpiewa kołysankę, ceruje skarpetki, smaruje bułkę doszkoły, zawsze obecna, niezbędna. Ojciec wyłania się trochępóźniej, jakby zdrugiej linii, kiedy syn ma już kilka lat,ipozostaje aż do śmierci. Najpierw spacery zsynem za rękę. Ukazywanie zakątkówWarszawy, rozmiłowywanie wtym mieście. Później wyrabianie w synu wrażliwości na dźwięk słowa, spacery z poezją: Za panowania króla Stanisława Mieszkał ubogi szlachcic na Podolu; Wysoko potem go wyniosła sława; Szczęścia miał mało wżyciu, więcej w bólu, Albowiem była to epoka krwawa I kraj był cały na rumakach, w polu. Albo: Tabakiera ze złota, zbrylantów oprawa A wśrodku jej był portret króla Stanisława. Ojcu Podkomorzego sam król ją darował, Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował. Sprawienie, pewnie mimowolne, trwałej fascynacji synapostacią króla Stanisława. Nucenie poloneza z „Hrabiny”,pokazywanie Polski w tym, co miała najpiękniejszego,w tym, co było w niej wielkie. Syn rośnie, więź ojca z synem umacnia się, syn potrzebuje już nie tylko emfatycznej, wszystko wybaczającej miłościmatki, docenia bardziej dyskretną, mniej tolerancyjną, krytyczną miłość ojca. Pierwsze rozterki światopoglądoweprzeżyte wspólnie zojcem: „Staraj się być porządny niezależnie od tego, czego spodziewasz się po tamtej stronie bariery”. Ojciec wchodzi w wiek klęski, dzieli się z synem swoimi porażkami, poczuciem przegranej: Sześć tylko miała armat; wciąż dymią i świecą; I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą, Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy, Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy. Synku, jak to mądrze porównano – „nie tyle przejdzieuczuć przez duszę wrozpaczy”. Powstanie. Syn zagrożony. Ojciec, mężczyzna, płacze.Wświadomości syna jeden jedyny raz. Warszawa rozsypuje się wgruzy. Ojciec traci tło. Ztegociosu nie potrafi się podnieść. Szuka ostoi wludziach, nowych przyjaciołach, wsynu. Syn wchodzi wwiek samodzielności, oddala się, mniej rozumie tęsknotę ojca. Są sobiebliscy, ale już nie tak. Śmierć wobecności syna. Mówi szarytka: „Bez księdza umarł”. Syn odpowiada: „On ludziom tyle dobrego zrobił” i łka. Syn, mężczyzna, płacze jeden jedyny raz.

    [seperator style=”style1″][/seperator]
    Po latach, niedawno zaprosili mnie na podium Profesorowie Jerzy WoyWojciechowski iKazimierz Imieliński.Hania pozostała na widowni jako świadek wręczania mi odznaczenia Gloria medicinae. Słuchałem przemówień, rozmyślałem nad tym, co ja bym powiedział, bo to jest niby łatwe,ale przecież trudne. £atwe, bo istnieje schemat: dziękuję, nie zasłużyłem, zrobię wszystko, co wmojej mocy… Trudne, bo skromna samoocena może być odebrana jako minoderia, natomiast zobowiązanie nie ma większych szans realizacji, ponieważ lata płyną, a moc truchleje. Rozważanie nie na głos jest wistocie wygodniejsze, rozważanie zasadiwzorców postępowania, rozważanie sukcesów iporażek. W Dziesięciorgu Przykazań są takie, które coś odradzają, i takie, które do czegoś zachęcają. ,,Nie kradnij”, ,, Nie zabijaj”, ,,Nie mów świadectwa fałszywego przeciw bliźniemu swemu”, „Nie pożądaj żony bliźniego swego ani wołu, a niosła, ani służebnicy, ani żadnej rzeczy, która jego jest”. Wszystkie one mają wpodtekście primum non nocere. Inne zalecają „Kochaj”, a więc zrób komuś coś dobrego. Nagradza sięraczej za to drugie, nie zaś za powstrzymywanie się od wyrządzania krzywdy. Niemniej jednak dla jakiej takiej regulacjiwspółżycia społecznego trzeba opierać się na non nocere. Kodeksyprawa państwowego wymagają właściwie tylko tego.To primum non nocerezbliża nas do medycyny, bo potocznie używa go się właśnie wodniesieniu do pracy lekarza. Zasada ta narodziła się dawno. Od tysiącleci zdawano sobie sprawę z tego, że po jakimś zabiegu rana ropiała, chory gorączkował, cierpiał, umierał. Nie wiedząc oistnieniu bakterii i zakażeniu, lekarz nie mógł się uchronić od mimowolnego zaszkodzenia choremu. Musiało się to zdarzać nierzadko. Postęp wiedzy uwalniał powoli od tego i dziś sytuację taką można traktować jako skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności albo zaskakującej, niemożliwej do przewidzenia różnorodności działania Natury. Chory czeka na działaniapozytywne iwłaśnie ztakich korzysta, za takie odpłacawdzięcznością ito jest wszystko samo przez się zrozumiałe. Aż tu dodatkowa nagroda. Wjej przyznaniu odzwierciedlasię pewnie przekonanie, że ten człowiek lub ci ludzie skuteczniejpomagali, wynaleźli coś nowego wdiagnostyce lub terapii,zwiększym zapałem szerzyli wiedzę wśród uczniów. Wtym momencie dochodzi się do słowa gloria. Brzmi ono patetycznie, kolędowo, ociera się oAbsolut. Chwałę przyznaje się jednakitemu, kto zdołał osiągnąć jakiś sukces („chwała zwycięzcy”), i temu, kto zrobił wszystko, aby powodzenie osiągnąć, ale mimoto przyniósł porażkę („chwała pokonanemu”). Każdy indywidualnie itylko on sam we własnym sumieniu rozstrzyga, czy widzi wwyróżnieniu gloria victoriczy gloria vincto.Ludzie ozdobili mój medal uśmiechami, Hania najbardziej: „jestem bardzo wdzięczna Panom Profesorom za dzisiejszy dzień, Stefusiu”. Ona zawsze mówi „Stefusiu”.

    [seperator style=”style1″][/seperator]
    Kończy się rok akademicki 1983/84. Rozstaję się z kolejnym rocznikiem studentów świadomy, że po kilkuletnim zżyciu się znów mi ktoś ubędzie, że na sali wykładowej będę się jesienią przyzwyczajać do innychtwarzy, że te inne twarze polubię itd. itd. Kiedyś ja zniknę z pola widzenia, za kilka lat jeszcze nie z pamięci, potem i z niej. Akademia nasza jest wizytówką ojczyzny dla studentów pochodzenia polskiego, przybywających z innych krajów.Witamy ich chętnie. Nie są to już „Latarnicy”(1) ani dzieci„Latarników”. Dzięki postępowi odległości się zmniejszyły ikontakt jest łatwiejszy. Młodzież przyjeżdża po wiedzę, po język, po Polskę. Dajemy jej to, dajemy jej równieżserce. Serce dostajemy w odpowiedzi, serce w postaci zaproszenia na wspólną polskopolonijną (czytaj: polskopolską) zabawę, ciepłych, entuzjastycznych listów,książek i pomocy naukowych, przyjaźni, wykraczającej poza cezury lat akademickich. Wszyscy czujemy się tym samym i powtarzamy – nie deklamacją ale czynem i gestem – słowa, od których kiedyś zaczynał się manifest (może statut, może zbiór zasad?) Związku Polaków wNiemczech:„Jesteśmy Polakami”. Polacy stamtąd rozpływają się w morzu Polaków stąd. Ci ostatni decydują oatmosferze naszych kontaktów, choćby swoją liczbą. Staram się być znimi, wczuć wich myśli, warunki. Była w mojej grupie studentka bardzo inteligentna.

    Na ćwiczeniach przy mikroskopie wiedliśmy rozmowy na tematy pozaprogramowe, oceniałem koleżankę wysoko. Na kolokwium – na trójkę. Nie rozumiałem tej sprzeczności. „Panie profesorze, moi rodzice mieszkają sto kilkadziesiąt kilometrów stąd, wzywają mnie stale. Wynajmowałam pokój w Warszawie, musiałam jakoś zarobić na komorne i na podróże. Teraz mieszkam wakademiku zdwiema jeszcze paniami, one chcą mnie wygryźć. Niech pan się nie dziwi”. Zarabiam sporo, mieszkam dość wygodnie, korzystam z przywileju oddzielnego gabinetu. Rozumiem ją, staram się wczuć, ale to jest tak, jak ktoś mający sto tysięcy wczuwa się w sytuację tego, co ma tysiąc(2). Dolegliwość sytuacji tegoostatniego nie dociera do świadomości tego pierwszego.Warunki innych studentów są pewnie lepsze, ale wyniki egzaminacyjne to wypadkowa wszystkiego: i pracowitości i lekkomyślności, i zamożności i biedy, i dużych zdolności i średnich, i zamiłowania do przedmiotu i jego braku, i miłości odwzajemnionej („panie profesorze, nic nie umiem, zakochałem się”) i miłości nieodwzajemnionej („panie profesorze, nic nie umiem, taki mam zgryz osobisty”).W sumie kochane dzieciaki, elegancko dorosłe na egzaminie, rozczulające bukiecikiem albo malinami („panie profesorze, to dla pana z mojej działki”), albo własnej roboty zakładką do książki z napisem: Forsan et haec meminisse iuvabit(może przyjemne będzie i to wspomnienie). Po egzaminie grupy studentów, w chwili rozluźnienia powiedziałem: „Wiecie, marny dzień dzisiaj, właśnie skończyłem 58 lat, nie ma się z czego cieszyć, macie indeksy?”„Nie mamy, zaraz przyniesiemy”. Zniknęli, wracają po paru godzinach. Paczuszka w papierze z„Pewexu”. „Panie profesorze, niech się pan nie sugeruje opakowaniem, zresztą zdejmiemy je sami”. W papierze „Myśli nieuczesane” Stanisława Jerzego Leca. I dedykacja: „Młodej bratniej duszy młodsi koledzy – studenci”. Nie stękajcie, ojcze Krusiu, dla takich ludzi warto poświęcić odpoczynek.

    [seperator style=”style1″][/seperator]

    Komentarz

    Wykład ten wygłosiłem 2 października 1979.

    Władze Akademii prosiły mnie o przedstawienie tradycji badawczych i dydaktycznych szkół medycznych Warszawy. Przysłano mi także trochę materiałów historycznych jako podstawę tego tematu. Opracowałem te informacje, nie wyczuwając zupełnie ówczesnego nastroju środowiska Warszawy i moich ewentualnych słuchaczy. W przeddzień inauguracji zadzwoniono do mnie z organizacji partyjnej PZPR Akademii z pytaniem, o czym zamierzam mówić. Odpowiedziałem, że o tradycjach naukowych  i nauczaniu lekarzy. Nie było żadnych komentarzy. Trochę później rozmawiałem przez telefon z Panią Profesor Marią Kobuszewską Farynową, którą zawiadomiłem o wykładzie. Radziła mi, aby przedstawić tekst Partii. Odpowiedziałem, że mówiłem o tytule inie było żadnych innych pytań. Z kolei zatelefonowałem do mojego przyjaciela Janka Witkowskiego. Powiedziałem mu, że moje wystąpienie okaże się albo dobre, albo marne, ale z udziałem Partii„chała” wyjdzie na pewno. Aż do wyjścia na estradę przepowiadałem i poprawiałem materiał, podszedłem do mikrofonu z plikiem kartek, nieopracowanych jako całość. Zacząłem od pierwszego słowa modlitwy Majmonidesa  z XII wieku (nie wymieniłem tego nazwiska): „Boże…!”. Sala Teatru Wielkiego była wypełniona do ostatniego miejsca. Zapadła nagle absolutna cisza i trwała do zakończenia. Nikt nie reagował ani na coś dowcipniejszego, ani na coś wzruszającego. Nie rozumiałem, co się dzieje. Skończyłem. Wtedy zerwał się huragan braw, jakiego się nie spodziewałem. Kilkanaście minut. Po uroczystości studenci otoczyli mnie i dali kwiaty przeznaczona dla ministra. Ludzie z widowni gratulowali. Natomiast na lampce wina dla ciała pedagogicznego stałem z kieliszkiem samotny pod ścianą. Nie podszedł do mnie nikt. Potem dotarło do mnie, że w preambule minister dopatrzył się klerykalizacji studentów. Rektor, prawdopodobnie wskutek wyższej sugestii, wezwał mnie na rozmowę, przysławszy samochód.
    Na dywaniku złagodził jednak pater noster. Powiedział, że na takiej fecie nie używa się nastroju gawędy. Posady nie straciłem,wróciłem na piechotę. Czytam ten tekst teraz. Nie czuję, abym wzywał kogokolwiek do jakiejkolwiek manifestacji.Ot, referat, wypracowanie, może niezupełnie oklepane. W tamtej atmosferze tlącego się buntu dopatrywano się czegokolwiek, byle różniło się od sztancy. Przez jeden dzień otaczała mnie aura bohatera mimo woli.

    2002

     

    [/tab]

    [tab title=”tom_2″ ]

    W starożytnej Grecji mówiono, że jeżeli nowo narodzonego muza pocałuje w czoło, wyrośnie z niego mędrzec, jeżeli w usta – mówca. Nie dowierzając muzie, podawano od dawna wskazówki, jak doskonalić wymowę. Demostenes stosował i zalecał branie żwiru do ust, Cyce – za przeproszeniem – ro ustalił teorię. Szekspir podsumował wyniki: ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś. Ostatnio wpadł mi w rękę poradnik z naszych czasów, kwintesencja myśli znanych dawniej i ustaleń własnych.

    Celem przemówienia jest poinformowanie audytorium o czymś albo zagrzanie go do czynu, często i jedno, i drugie łącznie. Reżyseria wystąpienia musi jednak uwzględniać pragnienie słuchacza odbycia spotkania w poczuciu spoko ju i stabilizacji. Słuchacz chce zasiąść wygodnie i wiedzieć, że w ciągu dostatecznie długiego czasu żadna niespodzianka nie zakłóci mu tego komfortu, że nie będzie się musiał ruszyć z fotela zbyt wcześnie.

    [seperator style=”style1″][/seperator]

    To chyba Epikur powiedział, że „śmierci nie ma się co obawiać, bo kiedy ja jestem, jej nie ma, kiedy ona jest,mnie nie ma”.  Mijamy się z nią. W gruncie rzeczy i wierzący nie powinni się bać śmierci, przekonani o ciągłości istnienia, i niewierzący, pewni, że po tamtej stronie niema w ogóle żadnych doznań. W rzeczywistości niepokój odczuwają jednakowo i jedni, i drudzy. Dlaczego? Pamiętam, w lecie 1948 roku byłem w Ustce na wieczorku poezji zorganizowanym przez studentów z Czechosłowacji. Jedna z pań deklamowała, autora wiersza nie pamiętam: śmierć nie jest zła, śmierć nie jest zła, straszne jest umieranie. I właściwie jest wszystko jedno, czy myślimy o umierającej jednostce, czy myślimy osetkach ginących gdzieś tam,w Libanie, Indiach, Zatoce Perskiej, gdziekolwiek, o setkach, co nas w ogóle nie obchodzą, mimo że każdy z tamtych za siebie i sam z sobą ten strach, tę grozę umierania musiał przejść. Chcę żyć, boję się śmierci. Chcę, by żyli moi najbliżsii przyjaciele. Odejście każdego to zubożenie życia pozostałych, pogłębienie samotności. Wystarczy wczuć się w doznania rodziców, którym gestapo zabiera dziecko. Ilu ludzi wtedy ginie na raz, mimo że jeszcze chodzą, oddychają, formalnie biorąc, żyją? Strach przed śmiercią to nie tylko osobista obawa przed moim umieraniem. To także rozpacz tych, którzy nie potrafią odsunąć śmierci od kogoś innego, którzy patrzą bezradni na jej nieuchronność.

    [/tab]

    [tab title=”wykłady” ]

    04.10.1977 r.

    …Po zajęciu Witebska Napoleon był uroczyście witany przez społeczeństwo tego miasta na rynku. Ustawiono specjalne podium, wokół zebrał się tłum mieszkańców, a na podium vis á vis Napoleona ustawili się ksiądz, pop i rabin. Pierwszy przemawiał ksiądz. Mówił po łacinie, Napoleon coś tam rozumiał, w porządku. Potem wystąpił pop, po białorusku. Napoleon nic nie rozumiał, ale udawał, że wie, o co chodzi. W porządku. Ostatni miał mówić rabin. Był to stary człowiek, bardzo godny, znany jako mędrzec. Podtrzymywało go dwóch podrabinków i w tej asyście podszedł do Napoleona, stanął naprzeciw niego, chciał zacząć orację i… odjęło mu mowę. Nie potrafił wykrztusić słowa. Zapadło kłopotliwe milczenie. Napoleon patrzył na rabina, rabin na niego, tłum zamarł w śmiertelnej ciszy. Sytuację uratował podrabinek: „uś, taka wielka myśl nie może przejść przez taki mały pysk”. Te właśnie anegdotę wybrałem z dwóch powodów. Po pierwsze i mnie zdarzają się podobne sytuacje i dlatego zawsze występuję z karteczką, która w razie kraksy spełnia rolę suflera. Po drugie chodzi mi o podkreślenie tego, że powinno się dążyć do zgodności myśli i jej artykulacji, a także do zgodności ich obu z czynem (o czym anegdota nie mówi). Boję się często, że moim krasomówstwem na pierwszym wykładzie rozbudzam wasze nadzieje, których potem w ciągu roku nie udaje się zaspokoić.
    Celem wykładu jest ogólna prezentacja. Powiem państwu, jak prezentujecie się wobec mnie, zaprezentuję wam moją specjalność, anatomię patologiczną i spróbuję również zaprezentować siebie….

    [seperator style=”style1″][/seperator]

    07.10.1983 r.

    Ogłoszenie.

    Uprzejmie zawiadamiam Państwa Studentów kursu III Wydziału I, że spotkania nasze dotyczące anatomii patologicznej rozpoczną się w piątek 7.10.1983 r. o godz. 10.30. Domyślam się, że Panowie będą równie eleganccy, jak Panie. Nazywam się Stefan Kruś i to jest wszystko, co mam do powiedzenia o sobie. Reszta będzie o anatomii patologicznej. Aby jakoś rozpocząć, przedstawię państwu dwa motta.

    Motto I. Rozmowa.

    – Czy pan czytał „Lalkę” Prusa?

    – Nie. – O, jakże panu zazdroszczę!

    – Czego? – Tego, że będzie pan miał przyjemność czytania jej po raz pierwszy.

    Motto II.

    Kiedy byłem uczniem, w roku 1937 albo 1938, uczyłem się języka polskiego z czytanki „Mówią wieki”. Znajdowało się tam opowiadanie, które przytoczę zgodnie z jego sensem, a nie dosłownie, ponieważ dosłownego tekstu nie pamiętam. W starożytnym Egipcie młody chłopiec zgłosił się do świątyni, ośrodka dociekań naukowych i nauczania, i poprosił o przyjęcie do kolegium kapłańskiego. Odpowiedziano mu, że wymaga to kilku lat studiów, a przedtem przejścia próby wytrwałości, hartu i charakteru. „Godzę się na to”. Otwarto drzwi, wprowadzono go do jakiegoś pomieszczenia, drzwi zatrzasnęły się, nie było odwrotu. W ścianach znajdowały się otwory, przez które dochodził potworny hałas i kłęby gorącej pary. Ogłuszony hukiem i porażony temperaturą zaczął po omacku szukać wyjścia, macał ściany, nie mógł na nic natrafić. Chciało mu się pić, w jakiejś miseczce znalazł słoną wodę. Był półprzytomny, gdy usłyszał głos: „naciśnij ścianę w takim a takim miejscu”. Odszukał to miejsce, otworzyły się zamaskowane drzwi, przeszedł do ogródka zarośniętego szczelnie kolczastymi krzakami. Musiał się przez nie przedrzeć, bo i teraz powrót został odcięty. Z trudem torował sobie drogę, pokłuty, krwawiący. Kolejne drzwi. Niski korytarz najeżony płonącymi pochodniami. Chłopak czołgał się pod nimi, nie uniknął oparzeń. Znowu wyjście, zrobił krok, zapadł się do kanału z wodą, lodowatą w jego odczuciu. Chwytały go kurcze, ale dopłynął. Potem ciemna piwnica z dziesiątkami wygłodniałych szczurów. Walka, nowe rany, przerażenie, wstręt. Wreszcie drzwi. Dostał się do komnaty, gdzie czekało kilku kapłanów. – Zdałeś próbę, przekonałeś nas. Powiedz, jaki był motyw twego poświęcenia, przecież nie możesz oczekiwać bogactwa, rozkoszy ani władzy. – Chcę wiedzieć!

    [seperator style=”style1″][/seperator]

     

    05.10.1990 r.

    Wykład przewrotny.

    Dzień dobry państwu. Dzisiaj w moich ustach to „dzień dobry” nie jest czystym konwenansem. Mówię je po powrocie z Tatr w tym sensie, w jakim go używają wędrowcy pozdrawiający się na szlaku. Tam oznacza to znak gotowości do udzielenia sobie pomocy, solidarności w wysiłku, gest przyjaźni i wspólnotę w przeżywaniu piękna. Można to nazwać także pozdrowieniem w ramach klanu, klanu taterników. Tutaj niech ono zjednoczy nas wszystkich w poszukiwaniu i doznawaniu piękna anatomii patologicznej. Bo to jest nauka piękna.

    Wstęp ten zabrzmiał patetycznie, patos jest czasem potrzebny, ale nie może być go zbyt dużo, bo granica między wzniosłością a śmiesznością jest bardzo cienka. Ja na ogół działam na pewnym luzie i dlatego opowiem państwu anegdotę. Przed wojną do rabina zgłosił się młody chłopak skarżąc się na swoją bardzo trudną sytuację materialną. Stwierdził po prostu, że nie ma co jeść i szuka możliwości jakiegoś zarobku, że prosi o pomoc albo pośrednictwo. Rabin zastanowił się i powiada:

    – Wiesz, ja bardzo dużo czytam i rozmyślam, mam sterty notatek, przydałby mi się ktoś kto by to uporządkował i prze-pisał, przygotował do wydrukowania. Podjąłbyś się tego?

    – Rebe, nie umiem ani czytać, ani pisać.  Jedną z możliwości rozwiązania impasu było zaproponowanie kandydatowi nauki czytania.

    Sytuację tę można transponować na nas. Ja jestem odpowiednikiem tego rabina. Państwo przyszli do mnie uczyć się alfabetu anatomii patologicznej, na razie alfabetu. Symbole i litery są na tablicy. ZWK, ZW, ZP, N, Z, pięć haseł i pięć liter. Na dziś wystarczy.

    [/tab]

    [/tabs]

    Stefan Kruś – droga naukowa

    • 1961 – doktorat (Wpływ płci i hormonów płciowych na szybkość powstawania u szczurów martwicy wątroby na tle niedoborów pokarmowych – pod kier. prof. Janiny Dąbrowskiej).
    • 1965 – stopień naukowy doktora habilitowanego za pracę Morfologia i patogeneza marskości wątroby.
    • 1975 – tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego
    • 1983 – tytuł naukowy profesora zwyczajnego.

    Prace naukowe i dydaktyczne:

    • oryginalnych, przeważnie w zespołach – 74
    • poglądowych i popularnych – 20
    • kazuistycznych – 7
    • Prace oryginalne dotyczyły problemów klinicznych na styku z morfologicznymi.
    • Kierownik specjalizacji I st. – 33 osób; II st. – 21 osób
    • Promotor 10 przewodów doktorskich

    Publikacje

    Podręczniki:

    1. Anatomia patologiczna (1978, 1990),
    2. Patomorfologia kliniczna (wspólnie z Ewą Skrzypek-Fakhoury; 1996, 2005, 2007),
    3. Podstawy patomorfologii (wspólnie z Januszem Groniowskim; 1985, 1991),
    4. Guide for histopatologhical practice (995)
    5. Patomorfologia dla stomatologów (1997, 2014 – wydanie II, poprawione i uzupełnione, wspólnie z Ewą Skrzypek),
    6. Patologia dla szkół pielęgniarstwa (2003)
    7. Guide and comments to histopathological classes (2004, 2006),
    8. Guide through pathomorphology for students who have enough time to think it over (1997),
    9. Launching-pad into the lifelong study of pathologic anatomy (2004, 2005),
    10. Patologia: podręcznik dla licencjackich studiów medycznych, 2003, 2006

    Monografie dla patomorfologów i klinicystów:

    1. Patomorfologia wątroby (1973, 1986)
    2. Patomorfologia nerek (1973, 1986)
    3. Patomorfologia serca (1972, 1974)

    Prace naukowe – pod redakcją S.K.:

    1. Anatomia patologiczna: podręcznik dla studentów medycyny (1978, 1980)
    2. (z Januszem Groniowskim) Podstawy patomorfologii: podręcznik dla studentów medycyny (1984, 1985, 1991)
    3. (z Ewą Skrzypek) Patomorfologia kliniczna, cz. 1, Patomorfologia ogólna (1986, 1990, 1993)
    4. (z Ewą Skrzypek) Patomorfologia kliniczna, cz. 2, Patomorfologia narządowa (1987, 1993)
    5. Patomorfologia kliniczna (1991, 1993)
    6. (z Ewą Skrzypek-Fakhoury) Patomorfologia kliniczna: podręcznik dla studentów (1996, 2005)
    7. Anatomia patologiczna: podręcznik dla studentów medycyny (2000, 2001)
    8. (z Ewą Skrzypek-Fakhoury) Patomorfologia kliniczna (2007, 2011)

    Publicystyka:

    1. Dwadzieścia październikowych spotkań z anatomią patologiczną (1994, 1996)
    2. Felietony przekorne (1992)
    3. Felietonów przekornych zbiór drugi (1995)
    4. Wykłady inauguracyjne z anatomii patologicznej: 1. 10. 1974 – 7. 10. 1996 (2010) (Spinoza)
    5. Wiecznym piórem – na przekór. 1 (2010) (Modlitwa Majmonidesa)
    6. Wiecznym piórem – na przekór. 2 (2010)

    Nagrody i odznaczenia

    • Medal 10-lecia Polski Ludowej – 1955
    • Odznaka Koreańskiej Służby Zdrowia – 1957
    • Odznaka „Za wzorową pracę w Służbie Zdrowia” – 1961
    • Odznaka Tysiąclecia – 1965
    • Nagrody Ministra Zdrowia: indywidualna I st. (1973), zespołowa I st. (1979, 1980)
    • Nagrody Rektorskie (10 – 1963-1978)
    • Złoty Krzyż Zasługi – 1973
    • Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – 1979
    • Medal Komisji Edukacji Narodowej
    • Tytuł Zasłużonego Nauczyciela Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej
    • Krzyż Oficerski i Komandorski Orderu Odrodzenia Polski
    • Medal za Zasługi dla I Wydziału Lekarskiego – 2004
    • Medal za Zasługi dla Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – 2009
    • Tytuł Medicus Nobilis (wraz z sygnetem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego)  – 2013

    http://www.nazdrowie.pl/artykul/sylwa-profesora-stefana-krusia

    http://www.nazdrowie.pl/news/legendarne-felietony-prof-stefana-krusia

    http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2010/n201005/n20100529

    Wykład „Spinoza”

    Wykład „Modlitwa Majmonidesa…”

    Więcej od autora

    Podobne artykuły

    ŚWIAT LEKARZA 3Dspot_img

    Najnowsze artykuły

    Pierwsze Muzyczne Spotkania Mistrzów Medycyny: Uzyskaliśmy 6 600 zł na stypendia dla młodych naukowców!

    Podczas koncertu Muzyczne Spotkania Mistrzów Medycyny miała miejsce niezwykła aukcja na rzecz II stypendium naukowego Nagrody Zaufania Złoty OTIS. Gości oczarowały pięknie arie w...

    Szkoła, gmina, system – partnerstwo przeciw epidemii otyłości i cukrzycy

    Podczas konferencji prasowej, która odbyła się 22 czerwca br., zaprezentowany został raport Cities Changing Diabetes (CCD). To tzw. raport otwarcia programu w Polsce. Szkoła,...

    Koniec roku szkolnego. Zbadaj wzrok dziecka

    Końcówka czerwca to dla dzieci koniec roku szkolnego i długo wyczekiwany początek wakacji. Zanim jednak na dobre rozpoczniemy błogie lenistwo, warto sprawdzić kondycję wzroku...

    Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

    Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D