61 proc. najpopularniejszych aplikacji do śledzenia cyklu menstruacyjnego przekazywało dane swoich użytkowniczek do Facebooka – bez ich wiedzy ani zgody. Twórcy najbardziej znanej z nich, Flo Health, staną w tym roku przed sądem w związku z zarzutami o niewłaściwe obchodzenie się z poufnymi danymi swoich użytkowniczek w latach 2017–2019
W 2019 roku Privacy International przeprowadziło analizę 36 najpopularniejszych aplikacji do monitorowania cyklu menstruacyjnego. Efekt? Aż 61 proc. z nich automatycznie przekazywało dane swoich użytkowniczek do Facebooka – nawet jeśli te nie miały tam kont albo były wylogowane. Dane obejmowały informacje intymne, takie jak długość cyklu, daty miesiączek, informacje o ciążach, poronieniach czy stosowanych lekach.
Tym, co szokuje jeszcze bardziej, jest fakt, że dla wielu twórców tych aplikacji jedynym modelem biznesowym była właśnie… sprzedaż informacji o użytkownikach. W końcu jak mawiają inżynierowie z Doliny Krzemowej, „dane osobiste to nowa ropa naftowa”.
Ciało pod nadzorem
Z aplikacji takich jak Flo Health czy My Calendar korzystają miliony kobiet na świecie – dla wygody, zdrowia, poczucia kontroli nad własnym ciałem. Jednak za pięknymi interfejsami i pastelowymi ikonami często kryje się doskonale zaprojektowany system komercjalizacji intymności. Jak podaje serwis CyberDefence24, Facebook uzyskiwał dostęp do danych bez wyraźnej zgody użytkowniczek, często już przy pierwszym uruchomieniu aplikacji; informacje trafiały do niego poprzez tzw. SDK, czyli pakiety programistyczne, które łączyły aplikacje z serwerami Meta.
Nie mówimy o teoriach spiskowych, a o faktach udokumentowanych m.in. przez „The Wall Street Journal” czy niezależnych badaczy. W wielu przypadkach aplikacje nie oferowały nawet realnej opcji wyłączenia przekazywania danych – zgoda była domyślna lub ukryta w gąszczu regulaminów.
Afera z Facebookiem, która przetoczyła się przez media w 2019 roku, nie była tylko chwilową sensacją. To punkt zwrotny w rozumieniu prywatności cyfrowej, zwłaszcza w kontekście zdrowia reprodukcyjnego. Jak zauważyła Joanna Lazer z CyberDefence24, „Facebook zaglądał nam do łóżek” – i to dosłownie. Wiedział wszystko o naszych miesiączkach, próbach zajścia w ciążę, poronieniach, współżyciu. Po co to robił? Powód był prosty: Meta wykorzystywała te informacje do profilowania użytkowniczek i kierowania do nich precyzyjnych reklam – np. testów ciążowych, suplementów diety, usług medycznych.
Łatwo wyrażamy zgodę na dostęp do danych, bo ufamy, że technologia jest neutralna. Albo „hurtowo” zaznaczamy zgody na przetwarzanie naszych danych, bo wszystko chcemy zrobić szybko, a przecież ciągle nam się gdzieś śpieszy. Nie czytamy regulaminów lub ich nie rozumiemy. Tymczasem każda informacja, nawet ta o dacie ostatniej miesiączki, ma ogromną wartość rynkową. Dla przemysłu reklamowego kobieta, która nie miesiączkuje od 40 dni, to potencjalna klientka testu ciążowego, suplementów, poradników dla przyszłych matek. Jeśli poroniła, przechodzi menopauzę, ma depresję poporodową – algorytm również to „zrozumie” i podsunie jej „właściwe” produkty.
Co dalej?
Unia Europejska podejmuje próby uregulowania rynku danych zdrowotnych, jednak wiele z tych aplikacji pochodzi spoza Europy. RODO pomaga, ale nie rozwiązuje wszystkiego. Kluczowa jest więc świadomość, że to, co intymne, niekoniecznie zostaje zamknięte w obrębie naszych telefonów. A także świadomość, że wiele tego typu procederów nadal ma miejsce.
Zapytałam ChatGPT, czy aplikacje wciąż sprzedają nasze dane. Oto odpowiedź:
Tak, wiele aplikacji nadal sprzedaje lub udostępnia dane użytkowników, w tym dane dotyczące zdrowia – choć po aferach z lat 2018–2021 (Cambridge Analytica, aplikacje menstruacyjne itp.) stało się to trudniejsze i bardziej „zakamuflowane”.
Zasady, interfejs, język mogą się zmieniać, ale logika biznesowa pozostaje niezmienna. Rynek kobiecego zdrowia (tzw. FemTech – Female Technology) jest jednym z najszybciej rosnących segmentów branży medycznej i technologicznej. Szacuje się w 2030 roku jego wartość wyniesie, bagatela, nawet 130 miliardów dolarów!
Jeśli więc aplikacja jest „darmowa”, to najpewniej my jesteśmy produktami.
Ewa Podsiadły-Natorska






