Więcej

    Oddychaj Basia, oddychaj!

    O COVID-19, śmierci i walce o życie w Wielkim Tygodniu 2021, z Posłanką Barbarą Dziuk, rozmawia Paweł Kruś.

    Mieliśmy spotkać się 17 marca, dostałem wieczorem od Ciebie, SMS z jednym słowem „COVID”. To był zimny czwartek, wiosenna chlapa, wiatr. Oglądałem telewizję, stałaś podczas wizyty w wielkiej fabryce, tuż za premierem Morawieckim. Żona powiedziała, że tam musi być bardzo zimno. A Ty bez płaszcza, w garsonce…

    Już wcześniej, podczas obrad Sejmu, źle się czułam. Unikałam towarzystwa i marzyłam, żeby jechać do domu. Myślałam, że to grypa, typowe objawy, dreszcze, gorączka. Na wszelki wypadek jednak zrobiłam test w mojej przychodni w Tarnowskich Górach.

    Wynik pozytywny?

    Niestety. Pierwszy dzień zostałam w domu, w łóżku. Miałam nadzieję, że przejdzie lekko. Tylu ludziom się udało. I nagle gwałtownie spadła saturacja. Bardzo szybka decyzja: szpital. Mąż pomógł mi się spakować. Pojechaliśmy do szpitala w Knurowie.

    Pierwsze wrażenie?

    Niesamowity ruch, wszyscy w pędzie. Kładę się na łóżku, poczucie bezpieczeństwa przynosi ulgę, w półśnie słyszę: „Jezu, przestał oddychać”. „Kto?” – pyta drugi głos.

    Otwieram oczy, zaczynam się bać.

    To dzieje się tuż obok?

    Dotarło do mnie, że umierają ludzie, młodzi. Zaciskam dłonie na poręczach łóżka. Dostaję osocze.

    Dzień później, w sobotę, jeszcze był szpital w Knurowie.

    Wiedziałam już, że mam obustronne zapalenie płuc.

    Ale rozmawiało nam się świetnie, uwierzyłem, że kryzys mija. Kolejna wiadomość przyszła już z Katowic. Była bardzo zła.

    Pomimo podania osocza mój stan się pogarszał. Zaczął się wyścig z czasem. Lekarze zadecydowali o pilnym przewiezieniu do Katowic, na intensywną terapię. Karetka jechała jak oszalała, myślałam, że spadnę z łóżka. Nadal nie miałam świadomości, że mój stan jest aż tak poważny.

    Katowice, szpital MSWiA.

    Miałam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę. Przychodzi do mnie pielęgniarka z lekarzem: „Zaraz podłączamy pod monitory i podajemy lekarstwa, czy wyraża Pani zgodę na wkłucia?”. Naturalnie. Dopiero kiedy usłyszałam, że trzeba wbić się do tętnicy, pomyślałam: „Panie Boże, czy to już i mój koniec?”

    Koniec?

    Wiozą mnie gdzieś korytarzem, po drodze widzę śmierć kolejnej młodej osoby. Pielęgniarka mówi: „Doktorze, on odchodzi”. Widzę twarze personelu, bezsilność. To był młody człowiek, wysportowany…

    W oczach mam rodzinę i męża. Zaczynam prosić Boga o życie, wiedząc, że jestem na granicy.

    W nowej sali jest nas pięcioro, wszyscy podłączeni do monitorów. Kiedy przyjechałam, słyszałam: „Żeby tylko zaskoczyło z tłem.” Nie wiedziałam, o co chodzi. Słyszałam jakieś pompy, widziałam mnóstwo rozgałęzień od wenflonu, ale nie ekrany za głową – moje tło, moje życie… Kiedy się budziłam, patrzyłam na monitory sąsiadów, kilka razy pomyślałam, że wolałabym ich nie widzieć…

    Wszystko mnie dziwiło. Najpierw ból, w środku wszystkich organów. Zniknął po podaniu lekarstw, w jego miejsce pojawiło się niewyobrażalne pragnienie picia… Ratowały mnie i uspokajały pojedyncze łyki wody mineralnej z korkiem niekapkiem. Trochę ulgi…

    A potem noc i sen.

    To nie tak, trudno powiedzieć o śnie, raczej o ukrywaniu się świadomości i pogrążaniu się gdzieś poza ciałem. Przerywany sen hałasem i ruchem, gdy umiera kolejny człowiek na korytarzu. Kolejny młody człowiek.

    Lekarze i pielęgniarki pojawiają się regularnie, oglądają każdego z nas, cały czas powtarzają, że mamy się obracać na brzuch i na boki, żeby wzrosła saturacja. Obok mnie młody, wysportowany mężczyzna pod respiratorem, głos pielęgniarki: „Oddychaj, kochany, oddychaj, od…”

    Umiera.

    Przez trzy dni otaczała Cię śmierć.

    Zaczynam płakać; proszę Boga o siły i spokój, zmuszam się do skupienia na zaleceniach lekarzy. W kilku momentach tracę kontakt ze światem, wtedy słyszę: „Niech Pani oddycha. Basia, oddychaj!”. A wiesz, jakie to trudne? Myślę sobie, muszę zdać kolejny egzamin z mojej wiary, bo nie chcę usłyszeć: „Oddychaj, oddychaj”, a potem turkotu kół parawanu na kafelkach posadzki i… ciszy.

    To najtrudniejszy moment, dni w półświadomości przerywanej dusznością i reanimacją.

    Prosiłam w modlitwie o kapłana, przypomniała mi się ewangelia o św. Łazarzu. Zaczęłam prosić o życie – Chrystusa za wstawiennictwem Maryi.

    Nie zwątpiłam.

    Po chwili pojawia się kapłan, w kombinezonie, z Panem Jezusem i sakramentem namaszczenia chorych. Błogosławi mnie, zaczynam płakać z radości i przerażenia, bo wygląda, że mogę pożegnać się z tym światem. Jestem tego świadoma. „Czy to sakrament chorych, czy namaszczenie na życie?”, szybkie myśli. Ksiądz mówi, żebym się nie bała, bo Pan Bóg ma dla mnie plan.

    To był moment zwrotny?

    Do dzisiaj nie wiem. Myślałam tylko: „Jezu, ufam Tobie”. Straciłam poczucie czasu.

    Przeżyłaś swoją Wielkanoc.

    Cały czas z medykami, biegającymi od pacjenta do pacjenta. Próbowali wyprzedzić śmierć, jak ja. To była moja Droga Krzyżowa. Prowadziła do przezwyciężania strachu przed walką o własne życie. Brakowało mi oddechu. Wielki Tydzień.

    Inny.

    Trwał dwa tygodnie. Potem trafiłam do sali czteroosobowej, w miarę ustabilizowana, bez bezpośredniego zagrożenia życia. Przeżyłam dzięki byciu blisko z Bogiem. Wiara sprawiła, że się nie poddałam. Dziś myślę, że w ten sposób wzmacniałam i przyspieszałam efekty farmakologiczne, bo z chorobą zaczęła walczyć moja psychika, moja wola.

    Lekarze?

    Będąc trzy tygodnie na najtrudniejszym oddziale, zaprzyjaźniłam się z medykami. Podchodzili, trzymali za rękę, śmiali się oczami. Wielki szacunek dla nich: uratowali mi życie. Obserwowałam ich, pytałam o rodziny, jak oni funkcjonują przy tak wielkim poświeceniu. Jedna pielęgniarka opowiedziała, że jej mąż zmarł na COVID-19, druga, że to jest bardzo trudne, jak się widzi bezsilność działań.

    Jestem pod wrażeniem zorganizowania procedur i nadzór pani prof. Karoliny Sieroń. Podejmowała decyzje o leczeniu każdego pacjenta. A dwa miesiące wcześniej sama chorowała na COVID-19, bardzo ciężko. Wróciła na swój oddział, leczy, podziwiam – nie każdy dałby radę wspomnieniom.

    Salowe też z nami rozmawiały, a wolontariusze – ratownicy z kopalń – codziennie przynosili posiłki, zawsze żartowali, pomagali w przewijaniu najciężej chorych.

    Dziękuję każdej napotkanej osobie, która pomogła mi przezwyciężyć strach i sprawiła, że żyję. Ja, Basia, małe ziarenko we wszechświecie, na które liczą najbliżsi. Jestem przekonana, że coś jeszcze muszę zrobić dla rodziny i dobrych, ofiarnych ludzi, z hardego Śląska.

    Więcej od autora

    Podobne artykuły

    Najnowsze artykuły

    Prof. Grzegorz Dzida: Insuliny ludzkie mają swoje miejsce w cukrzycy typu II

    Efekty leczenia insulinami ludzkimi i analogami są bardzo zbliżone. Podobne jest ryzyko hipoglikemii czy hospitalizacji z tego powodu. Insulina analogowa to też insulina ludzka,...

    Prof. Krzysztof Strojek: Odkrycie na miarę Nagrody Nobla

    Chociaż mamy coraz większy wachlarz leków i terapii, to insulina nadal odgrywa istotną rolę. To oczywiście już nie jest ta sama insulina co przed...

    Katarzyna Pinkosz wyróżniona statuetką Przyjaciel Kampanii edukacyjnej „Dłuższe życie z cukrzycą”

    Dziennikarki Katarzyna Pinkosz i Violetta Długosz-Leończuk oraz posłanka Ewa Kołodziej, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Cukrzycy, zostały wyróżnione statuetką Przyjaciela kampanii „Dłuższe życie z cukrzycą”:...

    Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

    Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D