W świecie, w którym technologie rozwijają się w zawrotnym tempie, prawo pozostaje w tyle. Nie mamy odpowiednich narzędzi, aby skutecznie przeciwdziałać wykorzystaniu deepfake’ów do oszustw, manipulacji oraz dezinformacji.
Internet kłamie lepiej niż ludzie. Już kilku polskich lekarzy – autorytetów w swoich dziedzinach – padło ofiarą oszustw z wykorzystaniem technologii deepfake. Wizerunki prof. Henryka Skarżyńskiego, prof. Andrzeja Bochenka, dr. Michała Sutkowskiego, a ostatnio prof. Jerzego Szaflika zostały bezprawnie wykorzystane do promowania suplementów diety oraz produktów quasimedycznych.
Deepfake to technologia oparta na sztucznej inteligencji, która pozwala tworzyć fałszywe zdjęcia oraz nagrania wideo i audio. Efekt jest niebywale realistyczny. Algorytmy uczą się mimiki, głosu oraz zachowań konkretnej osoby, a następnie generują materiały, które właściwie nie różnią się od prawdziwych.
Konsekwencje takiego cyberoszustwa są potężne – i nie chodzi tylko o wizerunek lekarzy. Chodzi o coś więcej: o zdrowie, a może nawet i życie pacjentów. Prof. Jerzy Szaflik, którego wykorzystano do promowania „cudownych” produktów rzekomo przywracających wzrok, podkreśla stanowczo, że sugestie zawarte w fałszywej reklamie są niezgodne z aktualną wiedzą medyczną. „Wymienionych na tej witrynie schorzeń oczu, takich jak jaskra czy zaćma, nie można wyleczyć z pomocą wyciągów roślinnych” – alarmuje profesor, niepokojąc się, że odbiorcy tego typu komunikatów, zwiedzeni przekazem o prostym rozwiązaniu na najpoważniejsze choroby oczu, mogą zaniechać profesjonalnego leczenia.
Sęk w tym, że deepfake to dziś już system. Zorganizowane kłamstwo na przemysłową skalę. Ile osób w to kłamstwo uwierzyło? Ilu pacjentów – zagubionych w chaosie informacyjnym – kliknęło „kup teraz”?
Państwo pozwala na zbyt wiele.
A prawo nie nadąża za realiami. Nie mamy odpowiednich narzędzi, aby skutecznie przeciwdziałać wykorzystaniu deepfake’ów do oszustw, manipulacji oraz dezinformacji. Ofiary mogą dochodzić sprawiedliwości ewentualnie na drodze długotrwałych procesów cywilnych, co w praktyce oznacza, że fałszywe materiały krążą w sieci przez miesiące, a nawet lata, zanim zostaną usunięte. A jeśli nawet administratorzy witryn skasują je wcześniej, na ich miejsce zaraz pojawią się nowe.
Owszem, mamy przepisy dotyczące ochrony wizerunku czy zniesławienia, ale nie są one dostosowane do realiów cyfrowej manipulacji. To, co wczoraj wydawało się science fiction, dziś jest realnym zagrożeniem dla każdego z nas.
W tym zagrożeniu jest też drugie dno – eksperci ostrzegają, że nadmiar fałszywych treści wywołuje zjawisko „rezygnacji poznawczej”: w zalewie deepfake’ów odczuwamy zmęczenie prawdą. Znieczulamy się. Przestaje nas oburzać, że ktoś kłamie. Nie sprawdzamy źródeł. Nie wiemy już, kto mówi na poważnie, a kto jest „cyfrowym duchem” wygenerowanym na potrzeby reklamy. To jedno z najpotężniejszych wyzwań naszych czasów. Bo jeśli stracimy zdolność odróżniania prawdy od fałszu, jako społeczeństwo staniemy się bezradni wobec każdej manipulacji. Dlatego walka z deepfake’ami to nie tylko obrona dobrego imienia poszczególnych osób, ale walka o fundamenty zaufania społecznego. I zdrowego rozsądku.
Ewa Podsiadły-Natorska
redaktor prowadząca światlekarza.pl






