Kilka sekund wystarczyło, aby spokojne popołudnie zamieniło się w dramatyczną walkę o życie. Piętnastoletni Kostek, który w kinie z kolegami świętował urodziny, po łyku napoju dostał wstrząsu anafilaktycznego. Decydujące okazały się szybka reakcja przyjaciela i pomoc farmaceuty z pobliskiej apteki, który podał chłopcu adrenalinę. O tym, jak wyglądały te dramatyczne minuty, Ewie Podsiadły-Natorskiej opowiada Anita Danisiewicz-Kawecka, mama chłopca
W jakich okolicznościach doszło do wstrząsu anafilaktycznego u pani syna?
W dniu, w którym miało miejsce to dramatyczne wydarzenie, Kostek obchodził swoje 15. urodziny. Razem ze swoją siostrą bliźniaczką przyszli na świat 14 lutego. Z tej okazji Kostek zaprosił kilku najbliższych kolegów do Cinema City w Jankach na seans filmowy, później planowali wspólnie pójść na pizzę. Przed kinem chłopcy weszli jeszcze do sklepu, żeby kupić przekąski. Jeden z kolegów wybrał napój energetyczny o smaku limonki. Kostek sprawdził, czy mogą go kupić – okazało się, że tak, bo nie zawiera tauryny, a poziom kofeiny wynosi poniżej 150 mg/l, więc formalnie nie jest traktowany jak napój energetyczny i może być sprzedawany osobom niepełnoletnim.
Usiedli w kinie w jednym rzędzie, film się rozpoczął. Wtedy właśnie Kostek wziął łyk tego napoju. Po ok. 20 sekundach zaczęło robić mu się duszno. Poszedł do toalety, żeby sprawdzić, co się dzieje. Pojawiła się pokrzywka. W tym momencie zadzwonił do taty, żeby po niego przyjechał. Koledzy zaniepokojeni jego długą nieobecnością zaczęli go szukać. Najpierw poszedł jeden z nich – nie znalazł go i wrócił na salę. Poprosił drugiego kolegę, żeby spróbował jeszcze raz. I to właśnie Włodkowi przypadła bardzo trudna rola – zdał ją na piątkę.
Znalazł mojego syna już przed kinem. Kostek dzwonił właśnie do taty, mówiąc, że bardzo źle się czuje. W tym samym czasie wróciłam do domu. Po kilku minutach mąż odebrał telefon – słyszę głos syna i od razu wiem, że jest bardzo źle. Mąż mówi, że już jedzie. Gdy kończy rozmowę, mówię: „Oddzwoń i powiedz, że tam jest apteka. Niech idą po pomoc, a my już jedziemy”.
Włodek włączył nawigację, bo nie wiedział, gdzie jest najbliższa apteka. Nie udało im się znaleźć ochroniarza. Tylko jeden dorosły mężczyzna zapytał, czy potrzebują pomocy. Kostek odpowiedział, że nie – że właśnie idą do apteki, bo dostał reakcji alergicznej. Zostali z tym sami. A z sekundy na sekundę było coraz gorzej. Włodek opowiadał, że stanowili niecodzienny widok – dwóch nastolatków biegnących przez centrum handlowe. Jeden w T-shircie, spuchnięty, czerwony na całym ciele, krzyczący z bólu i pytający, gdzie jest apteka.
Nikt nie pomógł, nikt się nie zainteresował. Na szczęście udało im się dotrzeć do apteki. Za to do końca życia będę wdzięczna losowi.
Jak przebiegała akcja ratunkowa?
Z relacji Włodka wiem, że kiedy wbiegli do apteki, sytuacja była już bardzo poważna. Udało mu się tylko powiedzieć, że Kostek dostał reakcji alergicznej na coś, co zjadł. Nie wiedział jeszcze, że chodziło o łyk napoju. Personel apteki zareagował natychmiast. Syn został zaprowadzony na zaplecze, a „dowództwo” przejął farmaceuta, który podał mu adrenalinę i wezwał karetkę. Farmaceuta wiedział, że to wstrząs anafilaktyczny i że życie mojego syna jest zagrożone. To on uratował Kostkowi życie.
W tym czasie Włodek poszedł po rzeczy Kostka, napisał do mnie SMS-a, że syn jest pod opieką, a potem, że przyjechała karetka. Z mężem dotarliśmy do apteki pięć minut po przyjeździe ratowników.
Chcę też podkreślić coś bardzo ważnego: zaopiekowano się również Włodkiem. Gdy wrócił z rzeczami syna, zaproponowano mu, żeby poszedł na zaplecze do Kostka, żeby ten nie był sam. Zapytano, czy chce się napić wody. Pomyślano także o nim. Człowieczeństwo i empatia – to pierwsze słowa, które przychodzą mi do głowy, gdy wspominam wszystkich ludzi pracujących tamtego dnia w tej aptece.
Na co pani syn jest uczulony? Co okazało się wyzwalaczem reakcji alergicznej?
Na razie tego nie wiemy. Pod koniec marca Kostka czeka całodzienny pobyt na oddziale alergologicznym w szpitalu dziecięcym przy ul. Żwirki i Wigury w Warszawie. Będzie miał serię badań, które – mam nadzieję – pomogą ustalić, co było przyczyną tej reakcji.
To wszystko stało się tak nagle. Co pani wtedy przeżyła?
Tego nie da się zapomnieć. Nawet kiedy o tym piszę, mam ściśnięty żołądek i łzy w oczach.
Proszę sobie wyobrazić: szaleńczy bieg przez zatłoczone centrum handlowe. Wpadam do apteki, biegnę na zaplecze i widzę swoje dziecko siedzące na krześle. Całe w drgawkach i czerwone z bólu, jakby wyszło z kadzi z farbą, spuchnięte w nienaturalny sposób, cierpiące. Pamiętam, że zdążyłam jeszcze podziękować farmaceucie za udzielenie pomocy. Syn miał już założoną kroplówkę. Ratownicy tłumaczyli, co zostało podane – był to steryd i przeciwhistaminowa klemastyna, wykonali mu też EKG. Po chwili ruszyliśmy karetką do szpitala. Na sygnale.
Dopiero w połowie drogi stan syna poprawił się na tyle, że nie trzeba było podawać drugiej dawki adrenaliny. Ratownik powiedział mi wtedy, że była taka możliwość. To uświadomiło mi, jak niewiele brakowało, aby to były ostatnie urodziny Kostka.
Muszę też dodać jedno smutne spostrzeżenie: większość polskich kierowców wciąż nie wie, jak tworzyć korytarz życia. Ale to już temat na osobną rozmowę.
Jaką formę adrenaliny dostał pani syn? Czy trudno było ją podać?
Kostkowi podano 300 mikrogramów adrenaliny przy pomocy autowstrzykiwacza. To lek bardzo prosty w użyciu. To niezwykle ważne, bo zwykle stosuje się go w sytuacjach ogromnego stresu i presji czasu.
Jeśli chodzi o pomoc, jaką otrzymał mój syn, mogę powiedzieć tylko jedno: nie ma słów, które wyraziłyby moją wdzięczność wobec pracowników apteki Dr. Max, a szczególnie farmaceuty, który ratował życie mojego dziecka. Nie dopuszczam nawet do siebie myśli, że ta historia mogła mieć inne zakończenie.
Czy to doświadczenie zostawiło w Kostku jakiś ślad?
Poprosiłam Kostka, żeby sam się do tego odniósł. Powiedział: „Nie, nie mam żadnej traumy pourazowej, nie mam problemów ze snem. Nawet zapomniałem o tym zdarzeniu”. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że nasz mózg potrafi chronić nas w niezwykły sposób – wypierać bardzo trudne doświadczenia i głęboko je ukrywać. Czasem taka „puszka Pandory” otwiera się dopiero po latach i wtedy potrzebna jest profesjonalna pomoc.
Jaką jedną zmianę systemową wprowadziłaby pani od jutra, żeby nasze dzieci były bezpieczniejsze?
Uważam, że w szkołach powinny odbywać się zajęcia uczące reagowania w takich sytuacjach. Nie tylko w formie tradycyjnej lekcji. Powinny przychodzić osoby, które przeżyły dzięki czyjejś pomocy, powinny być pokazywane realne przykłady i zdjęcia pokazujące, jak wygląda osoba we wstrząsie anafilaktycznym. Może wtedy więcej ludzi wiedziałoby, że ktoś właśnie walczy o życie. Powinna też być dostępna adrenalina – lek ratujący życie, i personel szkoły wiedzący, kiedy i jak ją podać w razie potrzeby. A gdybym mogła naprawdę pomarzyć – wynalazłabym szczepionkę przeciwko znieczulicy, obojętności i braku empatii. I uczyniłabym ją szczepieniem obowiązkowym.






