Lidia Grądek
fot. Tomasz Adamaszek

Nie wiemy, dokąd idziemy

Z posłanką Lidią Gądek, przewodniczącą Parlamentarnego Zespołu ds. Cukrzycy, rozmawia Katarzyna Pinkosz.

Dobrze się dzieje w ochronie zdrowia?

Nie lubię takich pytań: dobrze się dzieje czy źle. Generalnie nie można powiedzieć, że jest dobrze: zbyt dużo protestów, niespójności, decyzji na oślep. Rządy ministra Radziwiłła były dramatem dla ochrony zdrowia. Obecny minister… zobaczymy, chciałabym, żeby było lepiej.

Dramatem? To nie za ostra ocena?

Generalnie system został rozwalony. Sieć szpitali to jedna wielka klęska, co przyznaje również obecny minister i nie do końca wie, jak z tego wybrnąć. Ustawa o POZ to kolejna klęska, jest archaiczna. Wprawdzie rozpoczął się pilotaż w zakresie budżetu powierzonego, ale na razie to, wielka niewiadoma. Tym bardziej że zawisł topór nad AOS, który teraz jest ściągany. Najbardziej dokuczliwa jest jednak ciągła niepewność, brak wytyczonego celu, do którego zmierzamy jako system. Mówię to jako pracownik ochrony zdrowia. Na co dzień kontaktuję się z innymi pracownikami ochrony zdrowia, pacjentami, dyrektorami placówek medycznych. Ta niepewność jest dramatyczna. Brak możliwości planowania powoduje coraz bardziej nieracjonalne wydawanie środków publicznych.

Dlaczego uważa Pani, że sieć szpitali to klęska?

Wiele oddziałów i całych szpitali jest zamykanych, i to nie tylko prywatnych, ale także część publicznych, w tym powiatowych. To dramat przede wszystkim dla pacjentów. Nocna i świąteczna opieka jest kompletnie źle przygotowana, włączenie jej do sieci szpitali z jednej strony pogorszyło dostępność, głównie na obszarach wiejskich i małych miast, z drugiej strony zwiększyło ilość punktów w dużych ośrodkach, a jednocześnie wchłonęło lekarzy, których i tak jest za mało. Problemy z obsadzeniem dyżurów są w związku z tym ogromne.

Kolejna rzecz: miało być wyższe finansowanie w POZ, ale – mimo że minister Radziwiłł odtrąbił sukces, jakoby wszyscy mieli prawo do leczenia w POZ dzięki opłaconym świadczeniom – nie jest to prawdą. Wycofano nam z populacji ok. 8 proc. deklaracji (głównie osób pracujących za granicą lub nieubezpieczonych, oraz tych, którzy mają ubezpieczenie, ale eWUŚ ich nie widzi jako ubezpieczonych – studenci, kobiety na urlopie macierzyńskim itd.). A to znaczy, że pieniędzy w POZ nie ma większych, mimo niewielkiego zwiększenia stawki!

Ale przecież osoby nieubezpieczone mają prawo do leczenia w POZ.

Tak, tylko że POZ nie dostaje za to pieniędzy. To znaczy: jeśli taka osoba zgłosi się na wizytę (złoży oświadczenie, że jednak jest ubezpieczona), to za tę wizytę i za trzy miesiące potem będzie zapłacone – ale tylko za trzy miesiące i tylko w przypadku, gdy osoba zgłosi się na wizytę. Mówiono o większych pieniądzach przeznaczanych na POZ, ale tak naprawdę jest to utrzymanie status quo, mimo wzrostu kosztów, bo np. wynagrodzenia personelu muszą być wyższe, koszty diagnostyki także.

Od trzech lat nie ma też żadnego działania z zakresu ustawy o zdrowiu publicznym. Ustawa jest martwa, mimo że została przyjęta również głosami ówczesnej opozycji (PiS). Kolejna sprawa: dentobusy. To kompletne nieporozumienie: środowisko stomatologów potępiło ten pomysł i sposób jego realizacji. W szkole nie powinno być żadnej opieki stomatologicznej, poza profilaktyczną. Mówię to na podstawie wielu konsultacji, zarówno z Polskim Towarzystwem Stomatologicznym, jak i ze stomatologami, z którymi współpracuję w rejonie. Powinna być edukacja w zakresie higienizacji jamy ustnej. Gdyby pieniądze na dentobusy przeznaczyć na zwiększenie świadczeń stomatologicznych u dzieci, to nauczylibyśmy dzieci i rodziców, jak dbać o zęby. W ten sposób Skandynawowie pozbyli się problemu próchnicy: dzięki edukacji, a nie dzięki temu, że w każdej szkole jest stomatolog leczący ubytki.

Najbardziej martwi mnie jednak brak wytyczonego celu, do którego dążymy.

Właśnie zaczęła się toczyć debata, mają być wyznaczone cele.

Jestem zwolennikiem debat, jednak taka debata powinna odbywać się nie zamiast załatwiania bieżących spraw, tylko być pewnym do tego dodatkiem. Bardzo długo czekaliśmy na rozpoczęcie tej debaty. Niestety mimo zapowiedzi ministra, że będzie to debata wszystkich stron, to o ile wiem, nikt z opozycji nie został zaproszony.

Uczestniczą w debacie minister Marek Balicki, minister Marian Zembala.

Minister Zembala prawdopodobnie został zaproszony dlatego, że jest ekspertem z zakresu kardiochirurgii, a nie dlatego, że jest byłym ministrem zdrowia i jest w opozycji. Paleta osób pracujących w sejmowej Komisji Zdrowia jest duża, pan minister mógł zaprosić dwie-trzy osoby. Niekoniecznie byłych ministrów, mogły to być osoby funkcjonujące w systemie ochrony zdrowia na innym poziomie. Niestety, tego nie zrobił. Uważa się, że to policzek w stosunku do opozycji, która bardzo chętnie brałaby udział w debacie. Powinna być ona otwarta, apolityczna.

Według zapowiedzi ministra, debata jest otwarta.

Tak, jednak bardziej elegancko byłoby, gdyby minister wysłał zaproszenie albo wyraźny sygnał: „Chcemy rozmawiać, pokażcie swoje propozycje”. Niekoniecznie musiałoby to być zaproszenie imienne, może do klubów parlamentarnych, innych środowisk pozaparlamentarnych. Niestety, nie było takiego sygnału.

W kilku takich debatach już uczestniczyłam. Ważne, by były z nich wyciągnięte jakieś wnioski, że wdrażamy pewne rozwiązania. Niestety, muszę powiedzieć, że rozpoczyna się wiele rzeczy, ale wszystkie zostają w zawieszeniu, podporządkowane interesom politycznym. Jest ustawa o 6 proc. PKB na zdrowie, przyjęta zresztą pod naciskiem społecznym, a nie z woli rządu. Już wiadomo, że pieniędzy jest za mało, ale druga sprawa to fakt, że są one dysponowane bez konkretnego planu. Dajemy dodatkowe środki na leczenie zaćmy, na endoprotezy, bo tam są największe kolejki.

Rzeczywiście, uzyskamy doraźny cel społeczny, bardzo zresztą krótkotrwały. Uzyskamy cel polityczny, ale nie uzyskamy długotrwałego efektu zdrowotnego dla Polaków. A przecież za to jesteśmy odpowiedzialni jako politycy.

Jeśli ta debata miałaby przyczynić się do wytyczenia celów, które będą realizowane, to bardzo dobrze. Jednak nie wierzę, że tak się stanie, bo sposób jej prowadzenia już budzi wątpliwości. A w końcu jest partia polityczna, która mówi „stop”, bo to nam nie pomoże w sondażach. Dlatego uważamy, że minister zdrowia powinien być w randze wicepremiera i mieć kompetencje nie mniejsze niż minister finansów. W programie Platformy Obywatelskiej zostało to zapisane. Uważam, że to powinno być wpisane w program każdego ugrupowania. Inaczej nigdy nie uzyskamy perspektywicznego celu zdrowotnego.

Musimy wprowadzić realnie funkcjonujący program długofalowej profilaktyki: system zdrowia publicznego. W zasadzie funkcjonuje dobrze system szczepień, badania bilansowe u dzieci i młodzieży. Zatrzymujemy się jednak na 16. roku życia, a potem jest ogromna dziura. Badamy profilaktycznie pracowników, ale w bardzo archaiczny sposób, który był świetny 10 lat temu, ale nie teraz, kiedy całkowicie zmieniły się czynniki ryzyka w populacji pracujących. Są też wyrywkowe programy profilaktyczne ministerialne i samorządowe. Nie ma jednak jednolitej polityki państwa, jeśli chodzi o zdrowie publiczne.

Chciałaby Pani, żeby były np. bilanse 40-latka?

Można to rozwiązać w różny sposób. W Austrii osobę, która kończy określony wiek, wzywa się na konkretne badanie profilaktyczne. W Australii, Kanadzie każdy dostaje do domu pakiet do pobierania konkretnych badań i w zależności od ich wyników jest wzywany na dokładniejsze badania lub kwalifikowany do badań za kolejny okres, w zależności od wieku. Korzystajmy z tych wzorów, niekoniecznie trzeba wyważać otwarte drzwi. Wystarczy system badań profilaktycznych dostosować do naszych warunków epidemiologicznych. Skoro mamy obowiązek szczepień, i ten system daje efekty, to idźmy dalej w profilaktyce.

Widziałaby to Pani jako obowiązek badań profilaktycznych?

Jako obowiązek, a jednocześnie przywilej. W niektórych krajach przyjęto rozwiązanie, że osoby, które nie korzystają z badań profilaktycznych, płacą wyższą składkę zdrowotną. Skoro nie dbają o zdrowie, płacą więcej.

Działa Pani w parlamentarnym Zespole ds. Cukrzycy, zajmuje się Pani profilaktyką. A czym chciałaby zająć się Pani w drugim półroczu?

Dużym plusem ostatniego czasu jest wprowadzenie pierwszego systemu koordynowanej opieki – po zawale serca. Chciałabym, żeby takie plany opieki koordynowanej zaczęły funkcjonować także w przypadku innych chorób przewlekłych, jak np. cukrzyca. Pacjent powinien mieć zapewnioną kompleksową opiekę.

Druga rzecz to kwestia POZ. Bardzo zależy mi na tym, by w zespole POZ poza lekarzem, pielęgniarką, położną zafunkcjonowali też dietetyk, psycholog i fizjoterapeuta. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że zajmujemy się kompleksową opieką nad pacjentami przewlekle chorymi i będziemy mogli prowadzić profesjonalną profilaktykę.

Kolejne wyzwanie, którym chciałabym się zająć, są choroby rzadkie i ultrarzadkie. To trudna dziedzina ochrony zdrowia, były próby uporządkowania systemu w tym zakresie, niestety temat zszedł na dalszy plan. A jest to bardzo ważne, dotyka wielu osób i ich rodzin.

Najważniejsze jest jednak to, by ochroną zdrowia zajmować się ponad podziałami. Nie możemy pozwolić sobie na konflikty czy upolitycznienie w ochronie zdrowia, bo pacjentem był, jest albo kiedyś będzie każdy z nas.

Nie wiemy, dokąd idziemy
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza