DOŁĄCZ DO SUBSKRYBENTÓW

NEWSLETTERA

Nie chcę spędzać emerytury, drzemiąc przed telewizorem

 

Z prof. dr. n. farm. Zenonem Kokotem, farmaceutą, członkiem Komitetu Terapii i Nauk o Leku PAN, wykładowcą Uniwersytetu Kaliskiego im. Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego rozmawia Luiza Łuniewska

Jak to się stało, że wybrał pan jako życiową ścieżkę farmację? Marzenie dzieciństwa, tradycja rodzinna, przypadek?

Nie, nie marzyłem w dzieciństwie o farmacji, ale marzyłem o nauczaniu. Po maturze poszedłem do studium nauczycielskiego, miałem być nauczycielem matematyki. Szybko jednak poczułem, że to nie to. Ponieważ moją mocną stroną były przedmioty ścisłe, także fizyka i chemia, zdecydowałem się na farmację. I tym razem był to strzał w dziesiątkę. Ale nauczanie najwyraźniej też było mi pisane.

Większa część pańskiej drogi zawodowej to praca dydaktyczna.

To prawda. Jeszcze zanim obroniłem pracę magisterską, czekał już na mnie zabukowany etat na uczelni. Całe swoje dorosłe życie spędziłem w Katedrze i Zakładzie Chemii Nieorganicznej i Analitycznej najpierw Akademii Medycznej, a potem Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Spotkał pan tam swoich mistrzów?

O tak! Najpierw była to prof. Maria Szmytówna, która rozwijała w Polsce medycynę uzdrowiskową – badała wody lecznicze, borowiny. Potem na stanowisku szefa katedry zastąpił ją prof. Jan Pawlaczyk, który – jak na tamte czasy – przywiązywał dużą wagę do kontaktów z innymi ośrodkami naukowymi, zwłaszcza tymi w Europie Zachodniej. Z Poznania oczywiście najbliżej nam było do Niemiec, ale w grę wchodziły też inne kraje. Żeby móc się porozumieć z gośćmi zapraszanymi przez profesora, rozpocząłem jako młody człowiek naukę angielskiego. Dzięki temu w 1983 roku wyjechałem na roczny staż w College of Pharmacy University of Kentucky. Potem wróciłem tam jeszcze na 8 miesięcy w 1990 r. Po drodze były inne, krótsze wyjazdy stażowe i naukowe.

Pańskie pierwsze prace dotyczyły przede wszystkim wodorotlenku glinowego i procesów zobojętniania HCl. Skąd wybór takiej, a nie innej tematyki?

Proszę sobie wyobrazić, że wtedy niewiele badań można było zrobić, korzystając z aparatury i materiałów, jakimi dysponowaliśmy. Wybór tematyki był ograniczony przez możliwości, jakie mieliśmy. Temat wybierało się, patrząc na to, czy można osiągnąć ciekawe wyniki przy pomocy badań na najprostszych urządzeniach. A i tak robiliśmy ciekawe rzeczy. Moja jedna z pierwszych publikacji z tamtego okresu w języku angielskim doczekała się 70 czy 80 cytowań. Dzięki temu czuliśmy, że kierunek jest dobry, tylko trzeba szukać lepszych możliwości technicznych.

Dzięki współpracy międzynarodowej mogliśmy zacząć wyjeżdżać do zachodnich, przede wszystkim niemieckich ośrodków, gdzie mieli pieniądze i odczynniki i tam badać nasze próbki. Przez to nie tylko poszerzaliśmy tematykę badań, ale także uczyliśmy się, jaką aparaturę mają, gdzie ją kupują, jak to wszystko jest zorganizowane. A potem tę wiedzę można było spożytkować w Polsce, wykorzystać przy tworzeniu swojego zespołu. To już oczywiście w czasach, gdy zostałem szefem katedry.

Dzięki temu, gdy tylko pojawiały się na horyzoncie jakieś nowe szanse, typu możliwość aplikacji o granty, to nie miałem żadnych wątpliwości, że trzeba próbować. Nie zawsze, zwłaszcza na początku, się udawało, ale z czasem przyszły efekty. Podglądaliśmy zachodnich kolegów, jak to robią, woziliśmy nasze próbki do Berlina czy Halle, by tam je badać. Dzięki temu nawet zza żelaznej kurtyny mogliśmy publikować w coraz to lepszych czasopismach.

Był pan przez dwie kadencje dziekanem Wydziału Farmaceutycznego Akademii Medycznej w Poznaniu, dwukrotnie prorektorem. I można śmiało powiedzieć, że za pańskich czasów uczelnia otworzyła się na świat. Zainicjował pan choćby program nauczania farmacji w języku angielskim.

Z dzisiejszej perspektywy, gdy młodzi ludzie już idąc na studia, znają co najmniej jeden język obcy biegle, aż trudno to sobie wyobrazić, ale w czasach PRL mieliśmy katedry, w których nikt nie mówił po angielsku; gdy przyjeżdżali goście z zagranicy, trzeba było szukać tłumacza w innych jednostkach. Na przełomie wieków program studiów anglojęzycznych najpierw uruchomiono na wydziałach lekarskim i stomatologicznym. Wtedy pomyślałem: „Dlaczego nie farmacja?”. Przedstawiłem ten pomysł na radzie wydziału, nikt nie zaprotestował. Daliśmy sobie 2 lata na przygotowania, potem te studia ruszyły i cieszyły się zainteresowaniem. Chętnych było raz więcej, raz mniej, ale uczelnia do nas nie dopłacała.
Z tego, co wiem, w tej chwili nie ma już naboru na ten kierunek. Ale uważam, że swoją rolę spełnił. Ze względu na studia anglojęzyczne młodzi ludzie przyjmowani do pracy na uczelni albo musieli już znać angielski, albo byli obligowani, by się szybko nauczyć. Dzięki temu nie była dla nich problemem analiza piśmiennictwa czy prezentowanie wyników na forum międzynarodowym. Zaczęło przybywać publikacji, pozycja uczelni w rankingach wzrosła, wydział trafił do ogólnopolskiej czołówki.

Ale to także pan – proszę wybaczyć nieco żartobliwe sformułowanie – wplątał uczelnię w kryminalno-sensacyjną aferę. I to również zaczęło się od międzynarodowej współpracy…

Grupa włoskich naukowców rozpoczęła badania nad metodą oszacowania konsumpcji środków odurzających w danej populacji. Z oczywistych względów trudno to zrobić na podstawie deklaracji osób zażywających te środki. Postanowili więc wykorzystać fakt, że każdy taki konsument musi korzystać z toalety, następnie ten kał i mocz trafiają do kanalizacji, a ostatecznie do oczyszczalni ścieków. Dzięki badaniu ścieków można oszacować spożycie narkotyków plus minus (bo wiadomo, że jeśli w okolicy jest stadion albo duża sala widowiskowo-sportowa, do której przyjeżdżają ludzie z całego kraju, to dane są zawyżone).
Potrzebny był do tego spektrometr masowy i chromatograf cieczowy dość dokładny, czym nie dysponowaliśmy, ale jakoś z pomocą kolegów z Niemiec udało się te próbki przebadać. Nie był to wielki program, ale publikacja wyszła ciekawa. Pamiętam, że na początku wakacji organizowana była konferencja o narkomanii w Poznaniu i tam postanowiliśmy się nią pochwalić. Niespodziewanie dla mnie wywołaliśmy spory raban. Okazało się, że wykryliśmy w ściekach metamfetaminę, a w Polsce – zdaniem obecnych na sali ekspertów – metamfetaminy jeszcze nie było. By to rozsądzić, ówczesny szef Krajowego Biura Przeciwdziałania Narkomanii zadzwonił do Warszawy i okazało się, że w ostatnich dwóch tygodniach służby przejęły dwie przesyłki, po kilka kilogramów każda, co dowodziło, że przemyt na dużą skalę ruszył.
Przez moment rzeczywiście było dziwnie. Zwłaszcza gdy przeprowadziliśmy to badanie również w niedużym mieście, Grodzisku Wielkopolskim, słynnym z jego pierwszoligowego klubu piłkarskiego, gdzie okazało się, że spożycie kokainy jest niepokojąco wysokie. Nasze prace zaczęły chyba kogoś mocno niepokoić. Odbierałem wtedy dziwne telefony i dostawałem ostrzeżenia, bym uważał na moich młodych współpracowników. Pozytywem było to, że pod wrażeniem wyników badań Urząd Marszałkowski ze środków z akcyzy wygospodarował 1,5 mln zł na bardzo nowoczesny sprzęt – wysokiej klasy spektrometr masowy QTRAP 4000 (AB SCiex) wraz z wysokosprawnym chromatografem cieczowym do badania powyższych próbek.
W początkowym okresie badań dotyczących szacowania konsumpcji środków odurzających na danym terenie potrzebowaliśmy 10 l ścieków pobieranych przy ich wejściu do danej oczyszczalni ścieków w dość skomplikowany sposób, potem pół litra, a teraz aktualna metodyka i wykorzystywany nowy sprzęt i odpowiednie odczynniki pozwalają, że do oznaczania substancji odurzających wystarczy zaledwie próbka 100 ml ścieków. A pobierania próbek ścieków dokonują osoby wytypowane w oczyszczalniach, które pozostają anonimowe, więc nikt już nie może próbować wywierać na nie nacisku.

Aż trudno uwierzyć, że farmacja może być tak ekscytująca.

Może. Ten sprzęt dał nam możliwość dokładnego oznaczania związków małocząsteczkowych nie tylko w próbkach środowiskowych, ale i w materiale biologicznym, co doprowadziło do utworzenia unikalnej w skali kraju pracowni spektrometrii mas. Potem z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, także w 2012 roku, otrzymaliśmy zestaw aparatów zwany „Platforma wdrażania innowacyjnych technologii z zakresu proteomiki i metabolomiki” – dostaliśmy sprzęt do badania większych cząsteczek: białek i peptydów. Dzięki temu mogliśmy robić bardzo ekscytujące – choć może nie tak sensacyjne – rzeczy. W skład platformy wchodziły następujące przyrządy: spektrometr MALDI-TOF-TOF (Bruker) UltrafleXtreem; chromatograf nanoHPLC (Bruker) Easy-nLC; kolektor frakcji (Bruker) proteineer-fcII; czytnik mikropłytek (TECAN) Infinite M200Pro; komora klimatyczna (PolEko) KK 115TOP+ oraz koncentrator próżniowy (GeneVac) mivac DuoPlus. Dzięki temu udało się stworzyć w katedrze unikalną w skali kraju pracownię spektrometrii mas.
Ta unikalna w skali europejskiej aparatura wykorzystywana jest w katedrze do badań proteomicznych, metabolomicznych, bioanalizy, analizy leków oraz badań środowiskowych. W ścisłej współpracy z klinikami i szpitalami miasta Poznania prowadzone są badania:
• poszukiwania biomarkerów takich schorzeń jak rak prostaty, rak płuc, cukrzyca u ciężarnych, reaumatoidalne zapalenie stawów, alergia, wylew krwi do mózgu, stożek rogówki;
• badania farmakokinetyczne oznaczania leków i ich metabolitów w płynach ustrojowych;
• badania matryc pochodzenia naturalnego, w szczególności jadu pszczelego pod kątem m.in. ich składu, trwałości czy poszukiwania nowych związków farmakologicznie czynnych;
• we współpracy w Urzędem Marszałkowskim Województwa Wielkopolskiego prowadzone są szerokie badania szacowania konsumpcji środków odurzających w miastach województwa wielkopolskiego na podstawie ich oznaczania w ściekach.

Moje doświadczenie zawodowe spowodowało, że m.in. w latach 2007–2016 byłem członkiem Centralnej Komisji Ds. Stopni i Tytułów Naukowych (Sekcja Medyczna). Nadal jestem (od 1997 r.) członkiem Zespołu Metod Fizykochemicznych Komisji Farmakopei Polskiej oraz od 2011 roku jestem członkiem Komitetu Terapii i Nauk o Leku PAN.

Teraz cieszy się pan emeryturą czy wciąż jest czynny zawodowo?

I jedno, i drugie. Cieszę się emeryturą. Z dumą kibicuję sukcesom moich dawnych współpracowników. Bez nich to wszystko, o czym rozmawiamy, nie byłoby możliwe. Wśród nich dwójka to tytularni profesorowie, jeden z nich – prof. Jan Matysiak – jest po mnie kierownikiem katedry. Ale też od kilku lat pracuję na Akademii Kaliskiej, a obecnie na Uniwersytecie Kaliskim im. Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego w Kaliszu prowadzę zajęcia dla studentów na kierunku kosmetologia. Wiem, że jestem przydatny. Kontakt z młodymi ludźmi jest ożywczy. Jestem też promotorem prac licencjackich i magisterskich i daje mi to dużą satysfakcję, dopinguję moich studentów i cieszę się ich sukcesami. Czasami jeszcze publikuję, zdarza się też, że ktoś z dawnej katedry potrzebuje mojej rady. Dopóki zdrowie dopisuje, nie chcę spędzać emerytury, drzemiąc przed telewizorem.

Więcej od autora

Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D