Mirosław Janowski
fot. TOMASZ ADAMASZEK

Precyzyjne leczenie mózgu to jak dopasowywanie puzzli

Rozmowa z neurochirurgiem, prof. Mirosławem Janowskim z Johns Hopkins University Baltimore.

Jest Pan współtwórcą i został Pan prezydentem towarzystwa naukowego SIGN – Society for Image – Guided Neurointerventions. Skąd pomysł na jego powołanie? Jakie są cele towarzystwa i jak chce je Pan realizować?

Pomysł narodził się całkiem niedawno, ale podparty jest on latami przemyśleń oraz obserwacji rozwoju poszczególnych dziedzin medycyny. Mamy do czynienia z coraz większą luką pomiędzy skutecznością leczenia chorób mózgu i rdzenia kręgowego a chorobami pozostałych organów i tkanek. Związane jest to z licznymi odrębnościami ośrodkowego układu nerwowego, takimi jak obecność bariery pomiędzy naczyniami i parenchymą układu nerwowego oraz anatomicznie końcowymi naczyniami. Innymi słowy, dotarcie z terapią do układu nerwowego jest znacznie trudniejsze i wymaga dodatkowego wysiłku. A rozwój wielu dziedzin, jak radiologia, inżynieria, sztuczna inteligencja itd. zaczyna potencjalnie pozwalać na dokonanie olbrzymiego skoku, zarówno w skuteczności, jak i przede wszystkim precyzji interwencji terapeutycznej na mózg, czyli urzeczywistnienie ostatnio coraz częściej podnoszonego konceptu medycyny precyzyjnej.

Natomiast to zadanie samo w sobie wciąż wymaga wysiłku poskładania i dopasowania już dostępnych klocków, opracowanych przez te różne dziedziny medycyny, aby służyły one układowi nerwowemu. Wydaje się, że obecnie jest to największe wyzwanie.

Oczywiście to pozwoli nam także lepiej zidentyfikować ewentualnie jeszcze brakujące klocki. Ale do ich poskładania nie wystarczy wysiłek jednej osoby, i właśnie towarzystwo będzie stanowiło taki ogólnodostępny teleskop, przez który będzie można zajrzeć na „klockowe” place budowy i zobaczyć, co się tam na bieżąco dzieje. Co więcej, planujemy także „zwiedzanie z przewodnikiem”, dzięki czemu wszyscy zainteresowani będą mieli lepszy wgląd w to, co już zostało osiągnięte, nad czym się pracuje, jak i jakie wyzwania wciąż pozostają nierozwiązane.

Uważamy, że taka platforma wymiany informacji w tej tak szybko rozwijającej się dziedzinie staje się niezbędna dla wszystkich zainteresowanych: lekarzy, którzy chcieliby stosować najnowsze metody, dla inżynierów, którzy w ten sposób dostają wskazówki, co warto projektować, agencji rządowych, zarówno zajmujących się finansowaniem projektów, jak i regulujących dostęp technologii do rynku usług medycznych, a nawet dla mediów, jak i samych pacjentów, którzy dzięki internetowi często na własną rękę poszukują najwłaściwszych podejść terapeutycznych.
Podsumowując, uważam, że niezbędne było powołanie takiego ośrodka eksperckiego w postaci towarzystwa, który będzie stanowił punkt odniesienia dla wszystkich zainteresowanych precyzyjnym leczeniem mózgu.

Czy uważa Pan, że towarzystwo naprawdę będzie miało co robić? Tego typu organizacji jednak jest trochę.

Dziedzina neurointerwencji, wspartych zaawansowanym obrazowaniem, w której działamy, coraz bardziej zyskuje na popularności, a w zasadzie nie ma platformy zarówno do ich rozwijania, jak i porównywania różnych podejść. Taki rozwój często składa się z zupełnie różnych światów, które mogą być porównywane do puzzli: chemii, która jest odpowiedzialna za przygotowanie związków do obrazowania, fizyki, zawiadującej samym obrazowaniem, biologii, w ramach której powstają coraz bardziej zaawansowane środki terapeutyczne i inżynierii, koniecznej do stworzenia przyrządów do precyzyjnego dostarczania oraz oczywiście medycyny, która ostatecznie będzie w stanie optymalnie „skonsumować” te wszystkie dobrodziejstwa.

Bywam na wielu konferencjach i na każdej spotykam tylko pojedyncze puzzle, dlatego postanowiliśmy powołać towarzystwo, by można było te wszystkie puzzle zebrać i dopasować. Planowane coroczne konferencje towarzystwa będą temu właśnie służyć.

Dlaczego założyliście towarzystwo w USA, a konferencję inaugurującą zorganizowaliście w Polsce? Czy nie ma w tym jakiegoś rozdźwięku?

To jest właśnie idealne połączenie. Wyniki naszych badań spotykają się z coraz większym zainteresowaniem, dlatego trzeba działać szybko. Rejestracja takiego towarzystwa jest niezwykle łatwa i szybka w USA, w odróżnieniu od Polski, wykorzystaliśmy więc te zaletę. Będzie nam też łatwiej na bieżąco zarządzać towarzystwem, zlokalizowanym „pod nosem”, w USA.

Natomiast pierwszą konferencję postanowiliśmy zorganizować w Polsce z kilku powodów. Ogromną rolę odegrało zaangażowanie polskiego współzałożyciela i wiceprezydenta towarzystwa, Michała Zawadzkiego, który znacząco przyczynił się do pozyskania środków dla tego wydarzenia i znalazł firmę, Futura Media, która podjęła się organizacji naszej konferencji.

Ale chcieliśmy także pokazać naszym zagranicznym współpracownikom z USA i Europy Zachodniej doskonały sprzęt dostępny w Polsce, a często nie do końca wykorzystywany.

Co zadecydowało, że pracuje Pan i prowadzi teraz badania w USA?

Moje związki z Ameryką mają już niemal 20-letnią historię i wówczas z pewnością była to ziemia obiecana. Atak na World Trade Center zastał mnie w laboratorium na Florydzie. Chociaż potem wróciłem do Polski i zrobiłem specjalizację z neurochirurgii w Warszawie, to często bywałem za oceanem, a na studia podoktorskie wyjechałem do Johns Hopkins University, jednego z najlepszych uniwersytetów na świecie, gdzie pracuję do dziś.

Ale tym, co mnie tu trzyma, jest jakość obsługi administracyjnej, dzięki której można się całkowicie skupić na nauce, co jest diametralnie różne od tego, co dzieje się w Polsce.

Co, Pana zdaniem, jest dziś najważniejsze dla medycyny? Jaka ta ona powinna być?

Medycyna ulega głębokiej transformacji. W USA analiza całego genomu pacjenta jest tańsza niż jego jednodniowa hospitalizacja. Jednak już w tej chwili możemy analizować na szeroką skalę nie tylko DNA, ale mieć głęboki wgląd w procesy chorobowe poprzez analizę całego składu pośredniczących kwasów nukleinowych, białek, tłuszczów, metabolitów itp. Natomiast olbrzymi postęp w mocy obliczeniowej i coraz bardziej śmiałe wchodzenie sztucznej inteligencji zaczyna pozwalać na bardziej precyzyjne przewidywanie postępu choroby. To z kolei umożliwia prowadzenie badań klinicznych w sposób bardziej dopasowany do pacjentów i może w niedalekiej przyszłości znacznie ograniczyć cenę tych badań oraz zwiększyć zakres stosowanych środków terapeutycznych.
I w tym miejscu pojawia się konieczność obrazowania takich procedur w czasie rzeczywistym – i najlepiej z zastosowaniem wirtualnej rzeczywistości. Zaczynamy badać odpowiedź na lek na poziomie poszczególnych pacjentów, a nie na poziomie populacji pacjentów, jak to jest obecnie stosowane w badaniach klinicznych.

Co Pana najbardziej w medycynie pociąga?

Chyba nie ma niczego bardziej pasjonującego niż ciało ludzkie, a szczególnie mózg. Chociaż moja droga do medycyny była trochę niekonwencjonalna. Pochodzę z radomskiej wsi, a moją szkołą średnią było technikum ogrodnicze. Ale właśnie moja pasja do zrozumienia mózgu pozwoliła mi na bezpośrednie przejście z technikum na studia medyczne, i pod tym względem byłem na studiach rzadkim okazem… Potem ta sama pasja pchnęła mnie na jedną z najbardziej elitarnych specjalizacji: neurochirurgię, która pozwala zajrzeć do mózgu w sensie dosłownym. A nie można go przeszczepić tak jak innych organów, bo wtedy to trzeba byłoby nazwać przeszczepem całego ciała, gdyż świadomość tkwi w mózgu.

Wtedy też zorientowałem się, że to, co jest najbardziej potrzebne, dopiero wymaga rozwoju w laboratoriach naukowych, i dlatego zamieniłem praktykowanie medycyny na nauki medyczne.

Uważam, że w ten sposób mogę lepiej zaprząc swój intelekt do rozwiązywania tak niezwykle pożytecznych zagadek, jakimi są choroby mózgu, i dopasowywanie do nich leczenia, teraz w sposób jeszcze bardziej precyzyjny.

Z tego można wysnuć wniosek, że czuje się Pan bardziej teoretykiem niż praktykiem. Czy tak?

Bardzo dziękuję za to, chyba najtrudniejsze dotychczas pytanie. W gruncie rzeczy czuję się stopem, czyli kompletna mikstura… Przez dziesięć lat pracowałem jako lekarz praktyk na cały etat w Polsce, ale po godzinach pracy klinicznej prowadziłem także podstawowe badania naukowe. W tym czasie nauczyłem się opieki nad pacjentem, opanowałem wykonywanie większości operacji neurochirurgicznych, poznałem problemy i potrzeby pacjentów z chorobami mózgu i rdzenia oraz, co ważne, nauczyłem się języka medycyny klinicznej.

I wtedy podjąłem decyzję, że potrzebniejszy jestem po drugiej stronie, po stronie nauk medycznych. Przez ostatnie siedem lat pracuję naukowo, ale to wcale nie oznacza, że tylko teoretycznie, bo moje obecne życie jest usłane eksperymentami. Moja znajomość zarówno języka klinicznego, jak i naukowego jest kluczowa dla przekształcania wyników badań naukowych na konkretne postępowania terapeutyczne. Ale niewątpliwie po stronie nauki jest więcej miejsca na teorie, gdyż praktyka kliniczna już teraz jest najczęściej podążaniem według uprzednio przygotowanych algorytmów, bez względu, czy to standardowa terapia, czy próby kliniczne.

Jak ocenia Pan stan polskiej nauki w dziedzinie medycyny?

Polska nauka jest wciąż bardzo wyspowa. Mamy już sporo takich wysp, funkcjonujących na światowym poziomie, ale jest jeszcze dużo do zagospodarowania. Brakuje także takiej klamry, która by spinała te wyspy i dawała polskiej nauce medycznej światową markę i wypromowała ją na szerokim forum. Jeżeli 10 razy bardziej zaludnione Stany Zjednoczone mają ok. 10 rozpoznawalnych centrów medycznych, to w Polsce jest tak naprawdę miejsce na tylko jedno, w tym sensie, że ma jedną nazwę, choć może ono istnieć w wielu miejscach – mieć wiele filii, ale działających na tych samych zasadach i spełniających najwyższe standardy.

I w tym sensie, moim zdaniem, jeszcze bardziej niż Centralnego Portu Lotniczego potrzebujemy Centralnej Inwestycji Medycznej. Chodzi o stworzenie odpowiedniej struktury naukowo-klinicznej. W tym procesie kluczową rolę powinien odgrywać właściwy dobór wiodącej kadry naukowej i klinicznej, ze szczególnym uwzględnieniem odgrywania kluczowej roli w międzynarodowych towarzystwach i sieciach naukowo-klinicznych, oraz brak zapędów apodyktycznych, które często unicestwiają możliwości aspiracji zespołu do bycia ośrodkiem na światowym poziomie.
Myślę, że tworząc dobrą markę, można byłoby przejmować od ośrodków z Europy Zachodniej i z USA pacjentów międzynarodowych, w tym z bogatego Bliskiego Wschodu, i w ten sposób wpompować w polską medycynę dodatkowe, znaczące środki.

Jak widzi Pan swoją przyszłość zawodową? Czy planuje Pan jakąś kolejną nowatorską operację? A przy okazji – gratulacje z okazji tej przeprowadzonej w ubiegłym roku w Warszawie.

Jako specjalista neurochirurg, ale też naukowiec z wieloma grantami naukowymi oraz licznymi publikacjami, mam doskonałą sytuację zawodową, która pozwala mi być tam, gdzie jestem potrzebny i kształtować sposób, w jaki praktykowana jest medycyna. Teraz naszym celem jest pozyskanie środków na wykonanie większej liczby tych operacji. Ze względu na to, że jest to procedura eksperymentalna, oczywiście nie jest w pełni finansowana przez ubezpieczenie zdrowotne. Bylibyśmy wdzięczni, gdyby się znalazły osoby/podmioty zainteresowane finansowym wspomożeniem naszych wysiłków.

Oczywiście cały czas pracujemy na zwierzętach nad kolejnym skokiem w precyzji zabiegów na mózgu i mam nadzieję, że to w przyszłości zaprocentuje kolejnymi nowatorskimi operacjami, ale na razie chcielibyśmy powtórzyć nasz poprzedni sukces na większej grupie pacjentów.

Rozmawiała Bożena Stasiak

Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza