Fot. TOMASZ ADAMASZEK

Na wiele spraw jestem otwarty

W krajach zachodniej Europy w karetkach nie jeżdżą lekarze. Z jednej strony aspirujemy do UE, a z drugiej boimy się, że brak lekarza w karetce może spowodować dramat.

Rozmowa z wiceministrem zdrowia Markiem Tombarkiewiczem.

Panie Ministrze, to nasze pierwsze spotkanie w Świecie Lekarza, jest Pan powszechnie kojarzony jako osoba odpowiedzialna za refundację leków, jednak chcielibyśmy też porozmawiać o innych Pana kompetencjach, jak ratownictwo medyczne, obronność czy współpraca z zagranicą. Zacznijmy jednak od spraw refundacji. Jak Pan ocenia dostęp pacjentów w Polsce do nowoczesnych leków i co w ciągu pół roku, od kiedy odpowiada Pan za refundację, już się zmieniło?

Cieszę się z tego, co przez te pół roku już udało się dokonać. Jestem współautorem pierwszej listy leków dla seniorów, teraz mamy już trzecią taką listę i opracowany harmonogram zmian na następne półrocze.

Cieszy nas to, że coraz więcej pacjentów otrzymuje darmowe terapie i coraz więcej lekarzy je zapisuje. Ponad 26 tys. lekarzy rodzinnych, czyli właściwie wszyscy, którzy byli do tego uprawnieni, wypisują już darmowe leki dla seniorów. Rośnie kwota refundacji w przeliczeniu na osobę – obecnie sięga już 40 zł, co jest już znaczącą ulgą w budżecie starszej osoby. W przyszłym roku będzie znaczący wzrost finansowania leków z listy „S”, a w każdym następnym będzie dalszy, 15-proc. wzrost. To naprawdę duża ulga dla osób starszych.

Wprowadzenie leków dla seniorów to duży sukces, choć niektóre decyzje były mocno krytykowane, np. brak insulin ludzkich na liście „S”.

Zasada tworzenia listy była taka, by jak najbardziej ulżyć pacjentom finansowo, dlatego wprowadziliśmy na listę „S” leki sprzedawane za odpłatnością 30 lub 50 proc. Insuliny ludzkie są sprzedawane na ryczałt, dlatego nie znalazły się początkowo na listach. Liczyliśmy na rozsądek lekarzy, że nie będą zmieniać terapii insuliną dostępną dla pacjentów z odpłatnością ryczałtową na inną. Niestety, agresywny marketing ze strony firm spowodował pewne wypaczenia, sytuacja była trudna, dlatego od stycznia 2017 r. wprowadziliśmy całą grupę insulin na bezpłatne listy „S”.

Staramy się reagować na wszelkie sugestie ze strony autorytetów medycznych przy układaniu kolejnych list bezpłatnych leków dla seniorów.

Bardzo chwaliliśmy listę 75 plus, jednak oprócz insulin ludzkich wskazywaliśmy do poprawki również inhibitory ACE jako leki pierwszego rzutu w nadciśnieniu…

Nie podważamy faktu, że inhibitory ACE to pierwsza linia leków w terapii nadciśnienia. Natomiast filozofia tworzenia list „S” była taka, że umieszczamy na nich leki najczęściej przyjmowane przez seniorów, ale obarczone również najwyższą dopłatą pacjenta. Niektórzy zarzucali nam, że na liście znalazły się wszystkie sartany, do których pacjenci dopłacali nawet kilkadziesiąt złotych. Leki pierwszorzutowe są na ryczałt, dlatego nie umieściliśmy ich na listach. W 2017 roku chcemy wprowadzić na listę całą grupę leków pierwszorzutowych w leczeniu nadciśnienia. Od stycznia to się jeszcze nie uda, ze względu na koszty. W ustawie wyraźnie mówi się, ile na dany rok jest przeznaczonych pieniędzy na refundację leków z listy „S”. Jeśli po pół roku przekroczylibyśmy połowę tych środków, to musielibyśmy wprowadzać ograniczenia i wycofywać niektóre leki, a tego nie chcemy. Dostrzegamy problem, jednak nie chcemy przekroczyć bariery finansowej, dlatego kolejne grupy leków na listę „S” musimy wprowadzać stopniowo.

Od stycznia 2017 roku kilka nowych długo oczekiwanych leków znalazło się na listach refundacyjnych…

Jeśli chodzi o kwestie związane z refundacją, to mogę pochwalić się tym, że kilka nowych leków udało się nam wprowadzić. Jestem lekarzem praktykiem, rozumiem problemy pacjentów. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że jest bardzo dużo próśb o spotkania ze strony firm, stowarzyszeń pacjenckich. Staram się nie odmawiać, szczególnie pacjentom. Nie wszystkim jednak prośbom można sprostać – z przyczyn finansowych, ale też formalnych – gdy lek nie ma pozytywnej opinii AOTMiT czy komisji ekonomicznej, wtedy musimy bardzo mocno rozważać decyzję, jaką musimy podjąć. Ustawa refundacyjna dość restrykcyjnie podchodzi do kwestii refundacji. Staramy się, by jak najwięcej jednostek chorobowych objąć refundacją. Olbrzymim wyzwaniem są leki sieroce – ich koszt często kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt razy przekracza koszt terapii zapisanej w ustawie refundacyjnej jako wskaźnik QUALY. Te decyzje są najtrudniejsze.

W styczniu na liście refundacyjnej pojawiły się jednak m.in. leki na raka trzustki, nieswoiste zapalenia jelit, idiopatyczne włóknienie płuc, hipercholesterolemię rodzinną, mielofibrozę, zmienił się program lekowy dotyczący AMD. Jak udało się doprowadzić do tak wielu zmian?

Generalnie styczniowa i marcowa lista leków refundowanych będą bardzo bogate, wiele osób będzie bardzo pozytywnie zaskoczonych. Cieszymy się z tych zmian. Nadal pracujemy nad dużymi zmianami w kilku programach lekowych, m.in. nad programem nowoczesnego leczenia biologicznego chorób reumatycznych, toczą się rozmowy o jeszcze kilku lekach onkologicznych, długo działającym leku przeciwdepresyjnym. Rozmawiamy na temat refundacji nowych leków w chorobie Parkinsona, leków dwuskładnikowych w POChP. Kolejne listy refundacyjne mogą przynieść nowe niespodzianki.

Te zmiany cieszą, natomiast dużo kontrowersji od kilku miesięcy wywołuje nowelizacja ustawy o ratownictwie medycznym. Ministerstwo Zdrowia chce, żeby w karetkach pogotowia w ogóle niebyło lekarzy?

Ustawa o ratownictwie medycznym wzbudza wiele emocji, jednak już 10 lat temu pierwszy poziom strachu przed brakiem lekarzy w karetkach już został przełamany. Obecnie pozostało tylko 35 proc. karetek z lekarzami. Nie ma danych, które mówiłyby, żeby ktoś ucierpiał z tego powodu, że w karetce nie było lekarza. Trzeba zmieniać mentalność ludzi: karetki pogotowia to nie są przychodnie na kółkach. Mówimy o systemie państwowego ratownictwa medycznego, o stanach nagłego zagrożenia życia i zdrowia, o systemie ratowania, a nie leczenia. Postępowanie w takich przypadkach jest ściśle określone, opiera się na znanych wytycznych i algorytmach. Zakres czynności i stosowanych leków jest bardzo ograniczony, dlatego uważam, że ratownicy medyczni świetnie sobie z tym poradzą.

W krajach zachodniej Europy w karetkach nie jeżdżą lekarze. Z jednej strony aspirujemy do UE, a z drugiej boimy się, że brak lekarza w karetce może spowodować dramat. Wydaje mi się, że tak nie będzie. Poza tym trzeba powiedzieć jasno: wycofujemy z karetek lekarzy, nie dlatego, że tak chcemy, tylko dlatego że ich jest za mało. Do końca grudnia byłem konsultantem wojewódzkim z medycyny ratunkowej – zajmuję się tym problemem już od 16 lat, doskonale go znam. Niedawno widziałem ankietę, z której wynikało, że 89 proc. lekarzy dorabia w karetkach, czyli przychodzą do pracy w pogotowiu na godzinę 15. Tylko ok. 10 proc. lekarzy chce się związać z zespołami ratownictwa na całą dobę.

Część lekarzy głośno protestuje, twierdząc, że ratownicy sobie nie poradzą.

Do tej ustawy wpłynęło ok. 1200 uwag. Pokazuje to, że nie da się stworzyć systemu dobrego dla wszystkich: lekarzy, ratowników, pielęgniarek, pacjentów. Zadaniem Ministerstwa Zdrowia jest tworzenie systemu, my go zmieniamy ewolucyjnie, a nie rewolucyjnie. Główne zmiany będą obowiązywały od 2020 r., jesteśmy gotowi wydłużyć ten okres jeszcze o 1-2 lata.

Obecnie w więcej niż 2/3 karetek jeżdżą sami ratownicy, a mniej niż 1 proc. stanowią wezwania karetki „S” (specjalistycznej) przez karetkę „P” (podstawową). Tak więc w 99 proc. przypadków ratownicy radzą sobie sami, bez pomocy lekarzy. Jako specjalista medycyny ratunkowej życzyłbym sobie, żeby specjalistów medycyny ratunkowej było wielu, jednak wojewodowie zgłaszają nam problemy z obsadą karetek specjalistycznych. Po prostu brakuje lekarzy i coś musimy z tym zrobić.

Druga kontrowersja: ministerstwo chce oprzeć ratownictwo na jednostkach publicznych. A co z karetkami prywatnymi? Przestaną istnieć?

Odwróćmy sytuację: kilka lat wcześniej, z powodu zasad rozpisywania konkursów, w wielu miejscach Polski publiczne szpitale, głównie powiatowe, traciły kontrakty na ratownictwo. Efektem była konieczność zwalniania personelu, sprzedaży taboru. Wtedy nikt z prywatnych inwestorów nie płakał, że publiczne szpitale mają problemy. A teraz słyszę, jak to my łamiemy demokrację, bo ktoś straci pieniądze!

Uważam, że sytuacja wraca do pewnej normy. Zmieniliśmy ustawę o działalności leczniczej. Jasno powiedziane jest, że aktualny rząd nie dopuszcza możliwości zarabiania na usługach medycznych, bo w systemie jest mało pieniędzy. My tę samą zasadę wprowadzamy do ratownictwa: nie chcemy, by ktoś zarabiał na ratownictwie, tylko żeby inwestował pieniądze. Jeśli zarzuca się nam, że prywatni przedsiębiorcy stracą, to powiem, że mogą tworzyć POZ, transport sanitarny, nocną pomoc medyczną, natomiast nie chcemy, by prowadzili zespoły ratownictwa medycznego. Żadna z prywatnych firm nie miała obiecane, że będzie działać w ratownictwie przez 10 lat. Każda ma umowę do czerwca 2017 roku.

Teraz nie będzie konkursów, bo będziemy chcieli nadawać kontrakty ryczałtowo. Uważam, że to jest dobre dla pacjentów, to leży w ich interesie. Chcemy wyeliminować konkurencję cenową w ratownictwie medycznym, bo czy „taniej” oznaczało „lepiej”? Mam wątpliwości. Zdarzały się sytuacje odmów wysłania zespołów przez dyspozytornie będące w rękach prywatnych.

Ustawa o państwowym ratownictwie medycznym mówi, że za system odpowiada minister zdrowia, a na terenie województwa – wojewoda. Chcemy, by wojewoda mógł wskazać dysponenta publicznego. Chodzi o to, by pieniądze pozostawały w systemie, a ratownicy lepiej zarabiali.

A jeśli chodzi o lekarzy w karetkach, to zastanawiamy się nad systemem randez-vous, czyli pozostawieniem pewnej puli 10-15 proc. karetek z lekarzem, które dojeżdżałyby w razie konieczności pomocy systemowi opieki podstawowej. Podobny system funkcjonuje w Niemczech, Anglii.

Ratownicy medyczni będą przechodzić dodatkowe szkolenia?

Ustaliliśmy jasną ścieżkę kształcenia ratowników: licencjat, półroczny staż, egzamin państwowy. Wtedy można uznać, że ratownik jest pełnoprawnym pracownikiem państwowego systemu ratownictwa medycznego. Opisaliśmy też sposób doskonalenia zawodowego.

A jeśli chodzi o system randez-vous, to może on być dobrym rozwiązaniem, który zapewni bezpieczeństwo pacjentom, a jednocześnie pracę tym lekarzom, którzy będą chcieli pozostać w karetkach.

W MZ odpowiada Pan też za współpracę z zagranicą. Czy myślał Pan, żeby wykorzystać potencjał polskich lekarzy, którzy wyjechali za granicę, odnieśli sukcesy naukowe – jak prof. Tadeusz Maliński prof. Waldemar Priebe, prof. Andrzej Pawlak czy prof. Wiesław Nowiński – a teraz chcą wracać i otwierać w Polsce instytuty, tworzyć projekty swojego życia? Pielgrzymują w tej sprawie do wszystkich, od prezydenta i marszałka Senatu poczynając…

Jeśli zaczęli tę pielgrzymkę, to muszę powiedzieć, że… do mnie nie dotarli, nad czym mogę ubolewać. Niech do mnie dotrą! Powroty mistrzów do Polski, to bardzo dobry pomysł, choć muszę powiedzieć, że widzę problem kompetencyjny.

Bardzo bym się cieszył, gdyby zaistniała taka możliwość pracy dla osób, które by chciały do Polski wrócić. Na razie nie ma u nas prostych mechanizmów, że taka osoba przychodzi, a my pokazujemy jej prostą ścieżkę, jak może realizować swoje plany, do kogo się zwrócić, kto zapewni jej stałe doradztwo choćby w sprawach administracyjnych. Na pewno trzeba coś zrobić, by takie osoby mogły przekazywać i dzielić się swoją wiedzą dla dobra kraju czy pacjentów.

Jest jeszcze drugi aspekt – mamy wiele ofert współpracy z krajów arabskich w sprawie leczenia, budowania szpitali, a niestety nie ma u nas komórki, która mogłaby kojarzyć firmy rynku zdrowia z inwestorami zagranicznymi. Ministerstwo Rozwoju i Finansów jest bardzo nastawione na innowacyjność, rozwój i wspólnie musimy po prostu zorganizować punkt, gdzie będzie można kojarzyć biznesy medyczne.

Prof. Nowiński chce stworzyć Technopolish – miejsce, gdzie można by było zagospodarować naukowców z różnych dziedzin. Założenie było nawet takie, że wszystkie patenty, które uda się tam zrealizować, będą własnością państwa polskiego…

Na pewno warto się kontaktować w tej sprawie również z Ministerstwem Rozwoju Regionalnego, które jest bardzo otwarte, jeśli chodzi o leki czy inwestowanie we wszelkiego rodzaju innowacje. I znowu, trzeba to zorganizować i zrobić. Pomysł Technopolish wydaje się bardzo ciekawy, szkoda tracić ten i inne programy mogące stworzyć nowoczesną Polskę.

Czy zamierza Pan wesprzeć rozwój polskiej dyplomacji medycznej? Ona istnieje od lat, ale jest raczej przypadkowa. A moglibyśmy jako kraj dużo na tym zyskać wizerunkowo.

Nie jest to proste. Rozpocząłem rozmowy z wiceminister zdrowia Ukrainy, zaproponowała podpisanie umowy dwustronnej, ale po 3 miesiącach pani minister odeszła ze stanowiska.

Zaproponowaliśmy współpracę transgraniczną na bazie lotniczego pogotowia ratunkowego, pomiędzy Polską a Ukrainą oraz Polską i Białorusią. Są na to unijne pieniądze. Chcieliśmy stworzyć trzy bazy helikopterów medycznych na Ukrainie. Niestety, jak na razie to się nie udało, po pierwsze dlatego, że na Ukrainie są bardzo niestabilne rządy, a po drugie ze względu na wysokie koszty prowadzenia wojny – Ukrainy nie było stać nawet na ten niewielki wkład własny, który miała wnieść.

Lotnicze Pogotowie Ratunkowe współpracuje z Ukrainą, przekazaliśmy sprzęt dla służb ratunkowych, są szkolenia dla ukraińskich lekarzy i ratowników. Odbyłem też spotkania z przedstawicielami wielu krajów. Spotkałem się m.in.: z Oleksandrą Pavlenko, pierwszą wiceminister ochrony zdrowia Ukrainy, Lenitą Toivakka, minister rozwoju i handlu zagranicznego Finlandii, Li Bin – minister Narodowej Komisji Zdrowia i Planowania Rodziny Chin, z wiceministrem pracy, zdrowia i polityki społecznej Gruzji – Valerim Kvaratsheliem, wiceminister zdrowia Ukrainy Oksaną Sywak, Wu Zhen wiceministrem odpowiedzialnym za Chiński Urząd ds. Żywności i Leków. Jestem otwarty na tego typu współpracę.

Taką dyplomację zdrowotną uprawia od lat prof. Henryk Skarżyński, prof. Zbigniew Chłap, środowisko Nagrody Zaufania „Złoty OTIS”, którego akcje profilaktyczne miały skalę nieosiągalną do dziś. Ale warto by było przekuć to w jakiś system pomocy ze strony MZ, by np. osoby, które chcą przekazać sprzęt medyczny na Ukrainę, nie musiały przechodzić gehenny ze zdobywaniem pozwoleń. Czy na taką pomoc ze strony MZ moglibyśmy liczyć?

Jeśli chodzi o mnie, to jestem na takie sprawy otwarty, służę pomocą. Oczywiście musiałbym znać konkretny projekt, program. Rozumiem, że w ministerstwie są pewne naleciałości urzędnicze, dlatego niektóre sprawy trudno było załatwić. Ja byłem nauczony innego stylu pracy, jako dyrektor szpitala często sam pisałem pisma, bo uważałem, że zrobię to lepiej niż sekretarka, bo lepiej znam sprawę. Ministerstwo jest dużą instytucją. Ja bym wolał, żeby funkcjonowało bardziej praktycznie i pragmatycznie. Wierzę, że dużo możemy zmienić.

Rozmawiali: Katarzyna Pinkosz, Paweł Kruś

Na wiele spraw jestem otwarty
Oceń ten artykuł

Podobne wiadomości

Nie ma możliwości dodania komentarza