DOŁĄCZ DO SUBSKRYBENTÓW

NEWSLETTERA

Posłanka Joanna Wicha: SOR to nie izba wytrzeźwień

Podziel się treścią:

Projekt Lewicy dotyczący ograniczenia dostępności alkoholu wzbudził w ostatnich tygodniach ogromne emocje. Zakłada on m.in. zakaz sprzedaży napojów wyskokowych na stacjach paliw, nocną prohibicję i całkowity zakaz reklamy. O tym, dlaczego ustawa jest nie tylko kwestią porządku publicznego, lecz także realnym wsparciem dla systemu ochrony zdrowia, rozmawiamy z posłanką Joanną Wichą

Zacznijmy od medyków. Co projekt Lewicy oznacza dla lekarzy, pielęgniarek oraz ratowników medycznych, którzy codziennie stykają się ze skutkami nadużywania alkoholu?

To właśnie środowisko medyczne najbardziej odczuwa skutki nadmiernego picia. Dziś Szpitalne Oddziały Ratunkowe są w praktyce izbami wytrzeźwień. Izby wytrzeźwień w całym kraju zostały niemal pozamykane, bo nikt nie chce tam pracować – to praca ciężka, mało płatna i obarczona dużym ryzykiem. W efekcie pacjenci w stanie upojenia trafiają na SOR, gdzie zajmują miejsce tym, którzy naprawdę potrzebują pilnej pomocy.

Do tego dochodzi kwestia bezpieczeństwa personelu. Nietrzeźwi pacjenci bywają agresywni, zarówno werbalnie, jak i fizycznie. Ratownicy medyczni, pielęgniarki, lekarze – wszyscy są narażeni na ataki. I mówimy tu nie o jednostkowych przypadkach, ale o codzienności. Wystarczy nocny dyżur, by zobaczyć, jak bardzo alkohol obciąża system i ludzi, którzy w nim pracują.

Ograniczenie dostępności alkoholu miałoby więc zmniejszyć liczbę takich sytuacji?

Tak. Osoba, która idzie po alkohol po godzinie 22, to najczęściej nie ktoś, komu zabrakło wina na rodzinnej uroczystości. To osoba, która już piła i potrzebuje się „dobić”. To właśnie te osoby trafiają później do szpitala albo wszczynają awantury pod sklepem. Jeśli utrudnimy dostęp do alkoholu nocą, zmniejszymy liczbę takich sytuacji. Nie zatrzyma to wszystkich, ale każda interwencja mniej na SOR-ze to realna ulga dla personelu medycznego.

Zostawmy SOR-y, a porozmawiajmy o długofalowych skutkach zdrowotnych. Jak alkohol przekłada się na choroby cywilizacyjne?

Lista jest bardzo długa. Alkohol niszczy wątrobę, uszkadza układ krążenia, zwiększa ryzyko udarów i zawałów. Sprzyja rozwojowi cukrzycy i wielu nowotworów. Alkohol obniża także zdolności poznawcze – młody człowiek, który pije regularnie, gorzej się uczy, trudniej mu się koncentrować. U dorosłych przyśpiesza procesy otępienne. Mamy też ogromny problem zdrowia psychicznego. Alkohol nie jest lekarstwem na depresję czy bezsenność, wręcz przeciwnie – zaburza produkcję neuroprzekaźników i pogłębia kryzys. Wiele osób sięga po kieliszek „na sen”, tymczasem efekt jest odwrotny: bezsenność się utrwala. Do tego dochodzi banalny, ale istotny aspekt: ktoś, kto się upije, następnego dnia nie jest w stanie normalnie pracować. A jeśli jest kierowcą autobusu albo operatorem maszyn, to staje się zagrożeniem dla innych.

I kto za to wszystko płaci?

Właśnie. Koszty związane z alkoholem to nie tylko leczenie marskości wątroby, nowotworów, zawałów czy udarów wywołanych przez picie. To także ogromna liczba hospitalizacji, absencji chorobowych i rent inwalidzkich. W praktyce każda izba przyjęć, każdy oddział psychiatryczny czy internistyczny odczuwa skutki nadmiernego spożycia. Do tego dochodzą koszty związane z przemocą domową, interwencjami policji, pracą sądów, pobytem dzieci w placówkach opiekuńczych. Jeśli spojrzymy na to całościowo, to alkohol jest jednym z największych obciążeń finansowych dla państwa – większym niż nam się powszechnie wydaje. Państwo wydaje miliardy na leczenie i gaszenie skutków picia, zamiast inwestować w profilaktykę i w zdrowie publiczne.

Często podkreśla pani, że problem alkoholu to nie tylko kwestia zdrowia, ale i życia rodzinnego.

To dla mnie najważniejszy aspekt. Alkohol budzi agresję. Ogromna większość przypadków przemocy domowej jest związana z nadużywaniem alkoholu. To trauma, którą dzieci niosą przez całe życie. Wychowują się w świecie awantur, strachu, wstydu. Wiele z tych dzieci w dorosłości odtwarza ten sam schemat – albo sięga po alkohol, albo wybiera partnerów z problemem. Tylko część z nich potrafi się wyrwać. W mojej rodzinie też były takie doświadczenia. Akurat moja styczność z alkoholem była bardzo krótka, bo wychowywałam się u dziadków, natomiast alkoholikiem był mój wujek. Jeżdżąc do kuzynów, widziałam, jak wygląda codzienność w rodzinie, w której obecny jest alkohol. Te obrazy zostały ze mną na zawsze. Znam wiele osób, które w takich domach dorastały od początku do końca i do dziś zmagają się z tym ciężarem. To jest trauma, której nie da się wymazać, i to właśnie ona motywuje mnie do działania. Wiem, co to znaczy i wiem, że to zostaje w człowieku na zawsze. Dlatego walczę o to, by kolejne pokolenia mogły dorastać w spokojniejszych domach.

Wróćmy jeszcze do polityki. Projekt Lewicy zakłada nie tylko nocne ograniczenia, lecz także zakaz reklamy alkoholu i zakaz sprzedaży na stacjach paliw. Dlaczego właśnie te rozwiązania?

Po pierwsze – reklama. Mówimy dziś o alkoholizmie kobiet, o piciu w drodze do pracy, bo reklama alkoholu wciąż jest wszechobecna i wciąż oswaja picie jako coś normalnego, codziennego. Podobnie zresztą działa sprzedaż alkoholowych małpek. Chcemy to zmienić. Po drugie – stacje benzynowe. To jedno z miejsc, gdzie sprzedaż alkoholu wymyka się spod kontroli. Po nocy sprzedawcy często boją się odmówić nietrzeźwym klientom. Nikt tego nie widzi, nie ma świadków. A przecież sprzedanie alkoholu osobie już pijanej to łamanie prawa. Nocne ograniczenia utrudnią takie sytuacje. Wiem, że te rozwiązania nie rozwiążą problemu alkoholizmu w Polsce. Ale będą realnym wsparciem – dla lekarzy, dla pielęgniarek, dla policjantów, dla rodzin. Bo każdy litr mniej wypitego alkoholu to mniej przemocy, mniej interwencji i mniej cierpienia.

Krytycy powiedzą: zakazami niczego nie zmienimy, kto będzie chciał, i tak się napije.

Oczywiście, zakazy nie uzdrowią osób już uzależnionych. Ale ograniczą szkody społeczne. Alkohol jest substancją psychoaktywną, która w dużych dawkach zmienia człowieka. Im trudniej jest się upić „do końca”, tym mniej osób trafia na SOR, mniej rodzin przeżywa koszmar nocnych awantur, mniej dzieci dorasta w atmosferze strachu. Nie chodzi o to, by karać czy moralizować. Chodzi o zdrowy rozsądek i o bezpieczeństwo nas wszystkich. Alkohol jest dla ludzi – ale w granicach rozsądku. A dziś te granice są dramatycznie przekroczone.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że gdyby miała czarodziejską różdżkę, to sprawiłaby, by alkohol zniknął z powierzchni ziemi.

Tak, i podtrzymuję to. Choć nie jestem abstynentką. Ale uważam, że alkohol wyrządza w naszym społeczeństwie tak ogromne szkody, że gdyby go nie było, świat byłby lepszy. Oczywiście – to niemożliwe, możemy jednak przynajmniej ograniczyć zło, które powoduje. I temu służy ten projekt.

Rozmawiała: Luiza Łuniewska

Luiza Łuniewska
Luiza Łuniewska
Luiza Łuniewska. Dziennikarka, reportażystka, redaktorka. Przygodę z dziennikarstwem medycznym zaczynała w „Żyjmy dłużej”. Publikowała m.in. w „Poradniku Zdrowie”, w serwisie gazeta.zdrowie.pl i w rubrykach zdrowotnych pism poradnikowych. Fascynuje ją historia medycyny i nowinki z dziedziny genetyki.

Więcej od autora

Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

ŚWIAT LEKARZA i ŚWIAT LEKARZA 3D w Twojej skrzynce mailowej: