Więcej

    Zamyślenie w kolorze sepii

    To było tak przyjemne uczucie, a zarazem tak nieuchwytne, jak zapach czekolady w pustej już od dawna bombonierce, lub jak ulotny zapach fiolki po perfumach matki.

    Fiolki z grubego, fioletowego szkła, do której wlewało się wodę na wielkanocnego dyngusa. Słowem to było coś naprawdę przyjemnego, lecz coś, co się kojarzyło z czymś „dawnym”. Przymknąłem leniwie oczy, poprawiłem kołdrę i wyciągając się jak długi – oddałem się leniwie temu wspaniałemu błogostanowi.

    Przyjazd na wakacje do rodzinnego domu. Wczesny ranek. Senne spojrzenie na znajome sprzęty, na porzuconą obok łóżka książkę „W cieniu zapomnianej olszynki”, na znajome obrazy, zasłony, bibeloty… na dom. I ta świadomość, że to dopiero pierwszy ranek, że jeszcze przede mną kilkadziesiąt dni „nicnierobienia”, ach…

    Za drzwiami szelesty, szepty, niecierpliwe kroki. Chciałbym już zobaczyć najbliższych – rodziców, rodzeństwo, ale w łóżku tak cudownie, tak „dawno”…

    Zza drzwi dochodzi uspokajający szept Węglowodana. – Cicho dzieci, dajcie mu wypocząć. Przyjechał późno w nocy. Zaledwie zdołałem rozróżnić operujące gdzieś w wysokich tonach głosiki siostry i brata, gdy wtem drzwi się delikatnie rozchyliły i w zalanym słońcem progu stanął chudy Jędrek i płowowłosa Bońcia. Udaję, że nie dostrzegam dwuosobowej delegacji po to, by wysłuchać rytualnej pieśni:

    „Minęła nocka, już jest dzień
    niech się „wylęga” w łóżku leń,
    a ja raniutko, raniutko wstanę
    zobaczę słonko rumiane”.

    Zawsze to „wylęga” zamiast „wylenia”, zawsze druciane, okrągłe okularki przesłaniające rumieńce na policzkach brata, zawsze duże, kolorowe kokardy na głowie Bońci i zawsze niecierpliwe, ukradkiem rzucane spojrzenia na moją nierozpakowaną jeszcze studencką walizkę.

    Dom rodzinny smakuje najlepiej z wszystkich domów. Dom rodzinny dawkowany jak lody w czasie chłodnego lata, limitowany jakże rzadkimi okresami świąt i wakacji – smakuje dziesięć razy bardziej.

    Przy ubieraniu spojrzałem przez okno mojego, umieszczonego na pięterku, pokoju. Powitał mnie znajomy widok małomiasteczkowego rynku zalanego słonecznym kurzem, cztery topole, pomnik „bohaterów”, pompka jak z Konstantego Ildefonsa, i dwie, trzy sennie przesuwające się postacie. Nieco dalej czerwony dach kościoła w gotyku nadwiślańskim, trzy wiatraki, i za szeregiem niewysokich domków zielono – złote pola, kleczewskie łąki, torfowiska, a jeszcze dalej sina smuga lasu.

    Zaskrzypiały drewniane schody schodzące na parter. Po chwili trzasnęły drzwi wychodzące na ulicę. Do pompy podążała znajoma sylwetka objuczona dwoma wiadrami. Przynoszenie czterech, sześciu, a okresie wielkiego prania nawet dziesięciu wiader wody z pompy stojącej na środku rynku do naszego mieszkania na piętrze zawsze należało do niego. Bardzo rzadko się zgadzał, by mu pomóc.

    – Noszenie wody i węgla to moja sprawa – mawiał o sobie żartobliwie. – Przecież jestem „Węglowodanem”. Muszę mieć trochę gimnastyki.

    Dom, w którym mieszkaliśmy w Kleczewie, jednopiętrowy wybryk architekta w stylu „Kongresówki”, przez całe dni i noce wydawał najprzeróżniejsze odgłosy – skrzypiał, stukał, pohukiwał, jęczał i Bóg jeden wie co jeszcze. Nic dziwnego. Na piętrze, które w całości zajmowała moja rodzina, skrzypiały w różnej tonacji wysłużone podłogi, huczał wiatr w okiennicach bądź krople deszczu w rynnach, mimo że niebo było tego dnia bezchmurne. Na parterze, które zajmował ośrodek zdrowia, odgłosów było znacznie więcej, z tym, że do dźwięków „żyjącego” domu dochodziło znacznie więcej efektów wydawanych przez pacjentów, zwłaszcza tych, którzy rozstawali się z jakimś kolejnym zębem. Drewniane schody łączące parter z piętrem miały z kolei własne odgłosy, najbardziej charakterystyczne, gdy szedł po nich Węglowodan objuczony wiadrami z wodą czy kubłami węgla.

    Do wakacyjnego rytuału należało zwoływanie nas na wszystkie posiłki, a zwłaszcza na śniadanie. „Nas” to nieścisłe. Węglowodana. Matka stukała kijem od szczotki do zamiatania w podłogę jadalni, która była zlokalizowana tuż nad gabinetem dentystycznym. Po pół godzinie od pierwszych „tamtamów”, a niekiedy po jeszcze dłuższym, niecierpliwym kołataniu matki zjawiał się Węglowodan i ze skruszoną miną usprawiedliwiał swoje spóźnienie argumentami, zawsze niezwykłej wagi: „miał pacjenta z zapaleniem miazgi, arcytrudną ekstrakcję zęba, plombowanie siódmego siekacza w czwartym rzędzie od góry” i bo ja wiem czym jeszcze.

    Rytuał nawoływania Węglowodana na posiłki powtarzał się jeszcze w czasie obiadu, kolacji, a nawet wtedy, gdy na stole czerwienił się tort truskawkowy z galaretką, a nozdrza drażnił zapach „specjalnie dobrze”, zaparzonej przez mamę kawy.

    – Człowieku, ty się zapracujesz. Nie można okrągło pracować w tym Ośrodku… Dziesięć, dwanaście godzin to chyba przesada… ostatecznie… – matka gderała, burczała, złościła się, a Węglowodan dla „relaksu” schodził z kubłem po węgiel, nosił wodę, podlewał róże, przesadzał kaktusy, czyścił okulary i, Boże kochany, czego jeszcze ten człowiek nie wymyślał, żeby tylko nie siedzieć bezczynnie w fotelu.

    Czasami wyciągaliśmy Węglowodana na spacer „pod wiatraki” lub rzadziej na „wyprawę” do lasu. Gdy zasiadał z nami przed telewizorem – przymykał szybko oczy i twierdząc, że musi przemyśleć różne sprawy – drzemał. Gdy szliśmy spać, a stary dom nawet nieco mniej burczał przez sen, Węglowodan zapalał w swoim małym laboratorium nisko zawieszoną lampkę z zielonym kloszem, przysuwał się blisko do małego stoliczka i wyczyniał w nocnej porze różne prestidigitatorskie sztuczki, w wyniku których jakiś pacjent następnego dnia otrzymywał nowy garnitur zębów.

    – Czy musisz tak po nocach siedzieć? – zaczynała swoje matka.

    Noc. W chodzącym na okrągło radiu już zapowiedź programu na jutro, a raczej na dziś. Jeszcze parę stron wiele razy czytanej książki i daleka podróż… Egzotyczne ryby, wspaniałe przygody, cudowni ludzie. Normalnie, jak to we śnie.

    Tej nocy nie zasłoniłem okien i zbudził mnie silny promień wschodzącego słońca. Zegar na biurku wskazywał czwartą rano. Chciałem odwrócić się na drugi bok i wrócić do przerwanej podróży, gdy posłyszałem cichy kaszel Węglowodana. Wstałem i na palcach przeszedłem do laboratorium. Przy stoliku siedział jak co nocy, pochylony, zmęczony, z zaczerwienionymi oczami Węglowodan.

    Stanąłem w progu jak Jędrek i Bońcia i zafałszowałem falsetem: „Minęła nocka, już jest dzień…”. Zbliżyłem się do pochylonej postaci i powiedziałem ciepło: „Idź się połóż, kochany. Już czwarta. Wypocznij trochę… Tato”.

    [fragment książki prof. Jerzego Woy-Wojciechowskiego „Q pamięci”]

    Więcej od autora

    Jerzy Woy-Wojciechowski
    Jerzy Woy-Wojciechowski
    prof. dr hab. med.

    Podobne artykuły

    ŚWIAT LEKARZA 3Dspot_img

    Najnowsze artykuły

    Koniec roku szkolnego. Zbadaj wzrok dziecka

    Końcówka czerwca to dla dzieci koniec roku szkolnego i długo wyczekiwany początek wakacji. Zanim jednak na dobre rozpoczniemy błogie lenistwo, warto sprawdzić kondycję wzroku...

    Koncert i aukcja na rzecz II Stypendium Naukowego

    „Świat Lekarza” i Nagroda Zaufania Złoty OTIS zapraszają na koncert MUZYCZNE SPOTKANIA MISTRZÓW MEDYCYNY. Spotykamy się w zabytkowym pałacyku, by posłuchać pięknej muzyki, pośpiewać i...

    Murale – pogromcy smogu

    Od kilku lat w polskich miastach coraz częściej na szarych kamienicach i blokach pojawiają się wielkoformatowe malowidła ścienne. Okazuje się, że kolorowe murale nie...

    Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

    Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D