Polska medycyna broni się sama

Marek Rudnicki
Marek Rudnicki

Rozmowa z prof. Markiem Rudnickim, laureatem tegorocznej Międzynarodowej Nagrody Zaufania „Złoty OTIS 2015”.

Podczas ceremonii wręczania Nagród Zaufania „Złoty OTIS 2015” wygłosił pan wykład: „Niewyjaśnione wyleczenie nieoperacyjnych nowotworów – złe rozpoznanie czy cud?”. Czy w medycynie jest miejsce na cud?

Jest wiele rodzajów cudów. Prof. Skalski, który uratował z hipotermii dwuletniego Adasia, mówił o cudzie. Można mówić o cudzie prof. Jarmundowicza i jego zespołu, dzięki któremu pacjent z przeciętym rdzeniem kręgowym zaczął chodzić. Takie niezwykłe wyleczenia nazywamy w potocznej mowie „cudownymi”, ale tak naprawdę to za nimi stoi praca, doświadczenie, wysiłek i ogromna wiedza zespołów specjalistów.

Żebyśmy z punktu widzenia lekarskiego mówili o cudzie, musi być właściwie zdiagnozowana choroba, np. guz potwierdzony badaniami histopatologicznymi, i nieoczekiwane wyleczenie. W języku medycznym pojawiło się sformułowanie: „spontaniczne ustąpienie procesu nowotworowego”. „Spontaniczne”, bo nie wiemy, jakie procesy kryły się za tym, że chory wyzdrowiał bez stosowania leczenia. Są publikacje naukowe, które mówią o spontanicznym wycofaniu się procesu nowotworowego, który wcześniej był potwierdzony, zgodnie ze współczesną wiedza. Kilka lat temu opublikowano przeglądowy artykuł o 176 takich przypadkach. Jakie jednak są mechanizmy, które mogą prowadzić do tego, że rak może się cofnąć? W 2015 roku mówimy najczęściej o odpowiedzi immunologicznej organizmu. Ale są też czynniki psychologiczne, do których wliczam nadzieję i wiarę w wyzdrowienie, również w to, że wyzdrowienie może przyjść spoza naszego organizmu. Jak w przypadku kobiety, której wyzdrowienie zostało wzięte pod uwagę przy kanonizacji Papieża Jana Pawła II. Stwierdzono u niej nieoperacyjnego tętniaka jednej z tętnic w mózgu, którego nie można było wyleczyć współczesnymi metodami. Była sparaliżowana, została przyjęta do szpitala, po 4 tygodniach wyszła do domu, kolejnego dnia zaczęła się modlić. Następnego dnia wstała, zaczęła chodzić. Doświadczeni neurochirurdzy być może znajdą jakieś możliwe wyjaśnienie takiego nieoczekiwanego ustąpienia procesu, w tym przypadku jednak nienowotworowego. Jako lekarze powiedzielibyśmy: może był to proces zapalny, może jakaś inna choroba, a nie tętniak. Ale tak nie było – pacjentka miała zrobioną tomografię. Nie pomylono klisz. To fakt: tętniak był, zniknął, a całość została potwierdzona przez renomowaną Klinikę Gemelli w Rzymie.

Miał pan w swojej praktyce lekarskiej przypadki takich niezwykłych wyzdrowień?

Od ponad 40 lat pracuję jako chirurg, zdarzyło mi się obserwować kilka takich „cudownych” wyzdrowień. Konsultowałem pacjentkę, która miała rozwinięty nowotwór miednicy z przerzutami. Przeszła operację, ale jej stan nie pozwalał na wyleczenie. Po kilku latach przyszła skontrolować inne narządy, okazało się, że nie ma u niej wcześniej rozpoznawanych zmian przerzutowych. Myślę, że wpisuje się w to, co potocznie nazywamy „cudami” bądź, bardziej naukowo, jeśli nie było stosowane leczenie, „spontanicznym ustąpieniem nowotworu”. Ale jeśli ktoś zapyta mnie, czy wiara w cud może kogoś uzdrowić, to powiem, że przede wszystkim trzeba myśleć o racjonalnym leczeniu, a wiara to jest naddatek. Jest wielu pacjentów, którzy nadal zbyt wierzą w cud zamiast myśleć o tym, co przynosi współczesna medycyna. Niedawno konsultowałem pacjentkę, która przyszła z guzem piersi wielkości pomarańczy. Widziała go przez ostatnie 6 lat i ciągle marzyła, że wyzdrowieje dzięki cudowi.

[notification type=”information” title=”Prof. Marek Rudnicki”]Uniwersytet w Illinois, w latach 1972-1987 pracował jako chirurg w ŚAM Centralnym Szpitalu Klinicznym Katowice-Ligota. Tam uzyskał doktorat i habilitacje. Działacz Solidarności, 16 grudnia 1981 roku po pacyfikacji Kopalni „Wujek” nadał komunikat radiowy zawracający karetki z rannymi górnikami ze szpitali kontrolowanych przez MSW do cywilnego CSK w Katowicach-Ligocie. Członek „Solidarności” i Biskupiego Komitetu Pomocy Więzionym i Prześladowanym za Przekonania Polityczne. W rządzie premiera Jerzego Buzka był doradcą ministra zdrowia. Jest Prezydentem Światowej Federacji Polonijnych Organizacji Medycznych, członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Chirurgów, cenionym reprezentantem Polonii, inicjatorem wielu akcji promujących Polskę. Był lekarzem wypraw wysokogórskich z udziałem najwybitniejszych polskich himalaistów.[/notification]

Musimy myśleć o normalnym leczeniu, oferowanym przez współczesną medycynę. A cud nakłada się na to jako dodatkowa wartość dzięki wierze, mocnej nadziei, może i modlitwie. Są dane, które mówią o tym, że wiara, modlitwa sprzyjają wyleczeniu. To bardzo trudno uchwytne wartości w sensie naszego poznawania świata, jednak nie można negować faktu, że u wielu pacjentów mocna wiara, niepoddawanie się chorobie, sprzyja wyleczeniu.

Jak pan jako lekarz patrzy na niewytłumaczalne wyleczenia? To działanie sił wyższych czy niewyjaśniona mobilizacja układu odpornościowego?

Stoją za tym mechanizmy, które nie do końca rozumiemy, gdzie aktywowana odpowiedź immunologiczna powoduje zmianę cyklu metabolicznego nakierowanego na proces nowotworowy. Prowadzi to do destrukcji komórek nowotworowych. Zaczynamy rozumieć niektóre procesy, które zachodzą w organizmie, ale nie wiemy, co je uaktywnia. Przykładem mogą być niektóre bakterie, które mogą powodować aktywację procesów antynowotworowych, czasem ugryzienia niektórych pająków czy też inne czynniki zewnętrzne, a być może nawet i wewnętrzne, które inicjują nieoczekiwaną i skuteczną walkę z procesem nowotworowym. Nie wiemy, w jakim momencie musi nastąpić ten atak w złośliwy cykl przemian metabolicznych organizmu. Jestem przekonany, że spośród około 1400 cudów zapisanych w archiwach watykańskich współczesna medycyna byłaby w stanie wyjaśnić dużą część przypadków.

Czy lekarz może wierzyć w cuda?

Einstein powiedział, że każdy, kto poważnie zajmuje się pracą naukową, przekonuje się, że jakiś duch przejawia się w prawach rządzących wszechświatem: duch znacznie potężniejszy od ludzkiej duszy. Einstein jest uważany za ikonę osoby opartej o realia rzeczywistości. Jeśli on mówił, że istnieje jakiś duch, to warto się nad tym zastanowić.

Czy racjonalny lekarz może wierzyć w cuda? My, lekarze, czekamy na wiadomości, które mogą być cudownymi wyleczeniami naszych pacjentów. Chcemy je widzieć, pozostajemy otwarci na wiarę w moc nadprzyrodzoną, ale życie uczy nas pokory, że jedynie racjonalne leczenie daje w dobre rezultaty. Niestety, wyleczenia określane jako „cudowne”, zdarzają się niezwykle rzadko.

Jeśli widzi pan osobę, której medycyna dziś nie może pomóc, mówi pan: „Nie ma wyjścia, pozostaje wiara w cud”?

Pracuję w USA ponad 25 lat, tam nauczyłem się, że należy pacjentowi mówić o jego rzeczywistym stanie, z uwagi na różnego rodzaju implikacje rodzinne, finansowe, z którymi pacjent chce czy też musi się zmierzyć. Korzystając jednak z nauk, które przekazali mi moi polscy mistrzowie, staram się przekazywać te wiadomości bardzo oględnie. Mówię, że choroba jest ciężka, trzeba próbować ją leczyć, szanse są, statystyki pokazują, że duża grupa pacjentów żyje ponad 5 czy 10 lat od diagnozy. Słowa „cud” staram się nie używać, posługuję się natomiast niekiedy sformułowaniem „chociaż choroba jest bardzo ciężka, to zdarzają się jednak różne nieprzewidziane współczesną wiedzą medyczną sytuacje, które nieoczekiwanie odwracają spodziewany postęp choroby”.

W Polsce mówiło się ostatnio o cudach prof. Skalskiego, prof. Jarmundowicza. Czy polska medycyna ma szansę zostać doceniona za granicą?

Polska medycyna broni się sama. Osiągnięcia, jakich jesteśmy świadkami w ostatnich kilku latach, bardzo dobrze mówią o polskiej medycynie. Trzeba jednak szukać sposobów, by wyjść z pewnego „podwórka”, w którym była przez wiele lat. Jedną z przyczyn są zbyt rzadkie publikacje z polskich ośrodków w renomowanych czasopismach medycznych czy też wyjątkowe wystąpienia na dużych kongresach naukowych. Jednak w ciągu ostatnich lat widać zdecydowany postęp w tej dziedzinie. Informacje o niezwykłych osiągnięciach w medycynie, w tym również polskiej, rzadziej trafiają do mediów niż częste negatywne wiadomości o systemie ochrony zdrowia i jego niedociągnięciach. Dodałbym tutaj, że świat zachodni nadal z pewnym sceptycyzmem patrzy na każdą wiadomość pochodzącą spoza „swego świata” ugruntowanej wiedzy. Ten proces przedarcia się na pierwsze strony gazet i zmiany percepcji może być długi. Mówmy głośno, że funkcje rdzenia kręgowego przywrócono sparaliżowanemu pacjentowi dzięki operacji zespołu prof. Jarmundowicza we Wrocławiu w oparciu o badania naukowe ośrodka londyńskiego, a pierwszy przeszczep twarzy ze wskazań nagłych został przeprowadzony przez prof. Maciejewskiego w Gliwicach. My wiemy, że to wielka sprawa, chodzi o to, żeby wiedział o tym świat. Seria takich pozytywnych zdarzeń na pewno przydaje reputacji polskiej medycynie. Chciałbym tutaj jednak rozgraniczyć osiągnięcia sukcesów polskiej medycyny od aktualnej sytuacji związanej z funkcjonowaniem systemu ochrony zdrowia.

Od wielu lat organizuje pan kongresy lekarzy polonijnych. Co to daje lekarzom i co to daje Polsce?

Jako prezes Światowej Federacji Polonijnych Organizacji Medycznych staram się wspierać wszystkie działania lekarzy, którzy są za granicą, a których widzę jako liderów w swoich środowiskach. Ocenia się, że około 25 tys. lekarzy polskiego pochodzenia pracuje za granicą: to bogactwo doświadczeń, którymi mogą dzielić się z innymi, pracującymi w odrębnych systemach ochrony zdrowia. Spotykamy się i mówimy: u nas funkcjonuje to w ten sposób, takie rozwiązania okazały się słuszne, a takie prowadziły donikąd. Możemy przekazać nasze doświadczenia w sposób, jaki nikt inny nie przekaże. Nie chcemy mówić, co należy zrobić – chcemy dzielić się z naszymi lepszymi i gorszymi doświadczeniami pracy w krajach o różnych ustrojach i zasadach funkcjonowania systemów ochrony zdrowia. Do naszych kolegów i słuchaczy w Polsce należy wybór tego, co najlepsze, a odrzucenie rozwiązań, które się nie sprawdziły. Z drugiej strony, my, przyjeżdżając do kraju, widzimy niezwykły postęp w różnych aspektach życia, widzimy Polskę obecną, a nie taką, którą opuściliśmy przed laty. Mamy szansę dyskutować o różnych sprawach, ważnych dla zawodu lekarskiego, ważnych dla pacjentów. W ostatnich latach ze szczególnym naciskiem kierujemy się w stronę promocji jakości i bezpieczeństwa leczenia, poprawienia jego efektywności, znalezienia sposobów na poprawę wyników leczenia przy jednoczesnym obniżeniu jego kosztów.

Pracuje pan na renomowanym amerykańskim uniwersytecie, ma pan prywatną praktykę, jest pan w Stanach człowiekiem sukcesu, i chce się panu jeszcze walczyć o zmiany w Polsce…

Ja nie walczę o zmiany w Polsce. Ja staram się, poprzez dostępne mi możliwości, pokazywać, jakie rozwiązania są praktykowane poza naszymi granicami. Jeśli chociaż niewielka cześć tych doświadczeń przysporzy się do poprawy systemu ochrony zdrowia, do bardziej efektywnego i bezpiecznego leczenia pacjentów, to uważałbym to za olbrzymi sukces tych wszystkich, którzy przyjeżdżają do kraju swoich ojców dzielić się swoimi spostrzeżeniami.

Niedawno dostał pan wyróżnienie od Rzecznika Praw Obywatelskich za zasługi dla ochrony praw człowieka i pomoc górnikom w kopalni „Wujek” w czasie stanu wojennego. Nie bał się pan zawrócić karetek, które miały wieźć rannych górników do szpitali kontrolowanych przez MSW?

Pracowałem wtedy w szpitalu klinicznym Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach-Ligocie, kopalnia „Wujek” jest półtora kilometra dalej. W kopalni pracowali nasi bliscy, rodziny, mężowie, bracia, ojcowie. 16 grudnia 1981 roku ówczesne komunistyczne władze zdecydowały się zaatakować strajkujących górników kopalni „Wujek”. Działo się to prawie przed naszymi oczami, gdyż szyby „Wujka” były widoczne z naszej kliniki na VIII piętrze szpitala. Mieliśmy niezwykle mocną organizację „Solidarności” w szpitalu, z bardzo doświadczonymi ludźmi na czele. Uznaliśmy, że nie możemy zostawić rannych na pastwę systemu, który mógł ich zupełnie zniszczyć. Zdecydowaliśmy się przejąć przynajmniej część rannych, których wedle decyzji Służby Bezpieczeństwa wożono początkowo do szpitala MSW lub mocno zmilitaryzowanych szpitali resortowych. Dzięki pomocy innych, poprzez krótkofalówkę Pogotowia Ratunkowego, udało mi się nadać komunikat, by rannych górników przewozić do Centralnego Szpitala Klinicznego w Ligocie. Kierowcy Pogotowia przyjęli to jako rozkaz i od tego momentu ranni górnicy byli przywożeni do naszego szpitala, a nie do oddalonych innych szpitali resortowych. Przyjęliśmy około 30 poszkodowanych, kilku z postrzelonych górników trafiło natychmiast na salę operacyjną. Wszyscy leczeni w naszym szpitalu przeżyli.

Jak to się stało, że wyjechał pan z Polski?

W 1987 roku wyjechałem na stypendium do szpitala na Uniwersytecie w Cincinnati, wróciłem do Katowic po trzech latach z dyplomem nostryfikowanym w USA. Chciałem zostać w kraju, stworzyć centrum chirurgii małoinwazyjnej. Okazało się jednak, że było na to za wcześnie, był rok 1990.

Po trzech miesiącach dostałem ofertę ze szpitala afiliowanego do Columbia University z Nowego Jorku. Postanowiłem sprawdzić się, czy z moją wiedzą, umiejętnościami, moim podejściem do życia, do pracy, jestem w stanie sprawdzić się w najbardziej konkurencyjnym świecie amerykańskiej medycyny. Po latach wiem, że w oczach wielu jestem odbierany jako człowiek, który odniósł sukces w Stanach. A ja sam? Właściwie nie wiem. Różnego rodzaju szeroko rozumiane „koszty” wyjazdu są olbrzymie. Czy dobrze zrobiłem, wyjeżdżając? Pewnie dziś przemyślałbym tę decyzję jeszcze raz. Funkcjonuję w dwóch krajach, z dumą mówię, że jestem Polakiem, staram się zaznaczyć swoją obecność w życiu Polonii. Moje związki z Polską są bardzo silne, jestem tu wielokrotnie w ciągu roku, czytam codziennie polską prasę, jako Polak mieszkający za granicą staram się pokazywać to, co najlepsze jest we mnie, jako Polaku, i to, co najlepsze w nas, jako w narodzie.