Więcej

    Dom pisarza jest bramą, przez którą wchodzimy do jego świata

    Rozmowa z Marzeną Mróz-Bajon, autorką książki „Domy pisarzy”.

    Czytelnicy, sięgając po książki ulubionych pisarzy, często zastawiają się, jak wyglądają miejsca w których tworzą i czy mają one wpływ na ich twórczość. Jednak tylko nieliczni do nich docierają. Ty jak postanowiłaś, tak zrobiłaś. Co więcej, zdecydowałaś się opisać domy znakomitych twórców. Czy początek Twojej przygody z domami autorów wiąże się z Twoim ulubionym Mannem?

    To prawda, moja przygoda zaczęła się od Tomasza Manna, od podróży do Niemiec. Wybrałam się do Lubeki, do Buddenbrookhaus, czyli domu, w którym Mann spędził dzieciństwo. Chciałam zobaczyć ulicę Mengstrasse i kocie łby, na których swoje pierwsze kroki stawiał mały Tomasz, najbliższą okolicę, by dojść do sedna jego twórczości. Wielu pisarzy podkreśla, że właśnie dzieciństwo zdeterminowało ich los. Zastanawiając się, jaki wpływ ma na nas miejsce, w którym spędziliśmy radosne albo trudne dzieciństwo, wysnułam tezę, że szczególnie dotyczy to artystów, którzy potem z tych pierwszych lat życia czerpią – jak ze studni – tematy i natchnienie.

    Na pewno Tomasz Mann jest bardzo ważny na tej liście, ale także 16 pozostałych, wspaniałych pisarzy, którzy znaleźli się w mojej książce. Dlatego z Lubeki pojechałam dalej, w świat.

    Obejrzałaś wiele domów w Europie, Azji, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej. Niekiedy podróżowałaś do kilku miejsc ważnych dla danego pisarza. Ile podróży odbyłaś?

    Od kilkunastu lat jestem w drodze, odbyłam blisko 60 literackich podróży, dla mnie fundamentalnych. Wyruszyłam, żeby się przekonać, jak wygląda dom, biurko, biblioteka pisarza, sprawdzałam też, czy wygodne mieli łóżka. Aby wdrożyć się w życie autora, prześledzić je, poczuć atmosferę jego czasów, nie wystarczy pojechać do jednego miejsca. Tak było w przypadku choćby Tomasza Manna: najpierw wyruszyłam do Lubeki, a potem do Szwajcarii, do Davos, Waldhotel, gdzie Mann napisał „Czarodziejską górę”. Pojechałam też na Litwę na Mierzeję Kurońską do Nidy, gdzie znajduje się piękny letni dom, który Mann zbudował za pieniądze otrzymane z Nagrody Nobla. Ta prosta drewniana chata kryta sitowiem dużo mi powiedziała o tym pisarzu – miało to być jego miejsce do pracy i wypoczynku. Niestety, spędził tam tylko jedno lato, wojna pokrzyżowała plany. Ruszyłam śladami autora „Czarodziejskiej góry” do Zurychu, do hotelu Baur au Lac, w którym z żoną Katią spędzili miesiąc miodowy i często do niego wracali. Poleciałam też do Kalifornii, żeby wejść do Willi Aurora, gdzie mieszkali przez 10 lat na emigracji. Wokół tego domu rośnie siedem palm, dlatego Mann nazwał go „Seven palms”. Myślę, że pióropusze tych drzew cieszyły go, kiedy patrzył na nie przez okno każdego dnia.

    W niezwykły sposób przedstawiasz pisarza, poprzez pryzmat jego domów. Czym się kierowałaś, wybierając bohaterów do swojej książki? Na okładce moją uwagę zwrócił Ingmar Bergman. Skąd reżyser wśród pisarzy?

    Lista pisarzy, do których domów wyruszyłam, jest moja własna, autorska, ale przed laty skonsultowałam ją z Henrykiem Berezą, wybitnym krytykiem literackim i poetą, moim przyjacielem. W kawiarni „Czytelnika” na Wiejskiej w Warszawie Henryk powiedział mi: „Jedź i pisz”, więc pojechałam. Nieco zmodyfikowałam tę listę, ale inni rekomendowani przez Henryka bohaterowie znajdą się w drugim tomie mojej książki.

    Tom pierwszy rozpoczyna podróż do miejsc Czesława Miłosza. Wybrałam się śladami pisarza na Litwę, do Szetejń nad rzeką Nieważą, czyli miłoszowską Issą. Byłam bardzo ciekawa „krainy”, którą przedstawiał jako swój dziecięcy raj.

    A skąd Bergman? Jego „Laterna magica” jest najlepszą biografią, jaką kiedykolwiek czytałam. Uważam, że tak jak Bob Dylan za teksty piosenek, Bergman również mógłby otrzymać Nagrodę Nobla za swoje książki. Robił świetne filmy, znajdował wyjątkowe miejsca do filmowania, przyglądał się światłu, interesował się również tekstem. Dlatego uznałam, że powinien się znaleźć na mojej liście. Duże wrażenie zrobiła na mnie wysepka Fårö, na której Bergman znalazł swój drugi dom. Przeprowadził się tam ze Sztokholmu, początkowo niechętnie, ale w końcu zakochał się w tym miejscu i żył tam szczęśliwie ze swoją ostatnią żoną.

    Wysepka Fårö, miejsce Ingmara Bergmana
    fot.: Marzena Mróz-Bajon

    Jak to się stało, że zobaczyłaś dom Rabindranatha Tagorego, którego nie szukałaś?

    Do Kalkuty pojechałam, żeby napisać reportaż o Siostrach Misjonarkach Miłości. Postanowiłam odbyć tam wolontariat i zaczęłam pracować w domu Matki Teresy. Po kilku dniach wyszłam na ulicę i zobaczyłam najbrzydszego psa, jakiego można sobie wyobrazić. Spojrzał na mnie i ruszyłam za nim przez ulice Kalkuty. Tak się czasem w życiu dzieje, że coś nas zahipnotyzuje, prawda? Ruszyłam więc przez kaluckie piekło i raj, to miasto transowe, tętniące rytmem ziemi, w którym znajduje się 10 tysięcy księgarni. A dokąd zaprowadził mnie pies? Zatrzymałam się przed domem w kolorze sjeny palonej, z zielonymi ażurowymi okiennicami. Drogowskaz z napisem „Muzeum” zachęcił mnie, żeby zajrzeć na dziedziniec. Zorientowałam się, że to dom Tagorego, wiedziałam że jest hinduskim poetą, noblistą. Zrobiłam oczywiście dużo zdjęć i dopiero po latach, gdy pracowałam nad tą książką, pomyślałam, że muszę opowiedzieć historię niesamowitej wędrówki za psem, żeby przybliżyć sylwetkę Tagorego.

    Przebywając w domach autorów, zwracasz uwagę na różne szczegóły: usiadałaś przy biurku Kawafisa, podniosłaś słuchawkę telefonu Faulknera, położyłaś się na łóżku, w którym umarł Oskar Wilde. O czym myślałaś?

    Uważam, że dom pisarza może być bramą, przez którą wchodzimy do jego świata. Do świata jego wyobraźni, pomysłów, bohaterów literackich. To detale pomagają nam odtworzyć nastrój. Dlatego też spędziłam noc w pokoju, w którym umarł Oskar Wilde, w L’hotel w Paryżu. Podniosłam słuchawkę telefonu Faulknera, wzięłam do ręki numer startowy jego konia 63, powąchałam buty pisarza do konnej jazdy. Usiadłam przy biurku Bułhakowa, a w domu Kawafisa położyłam się na jego łóżku, żeby zamknąć oczy i otworzyć – chciałam wiedzieć, co widział po przebudzeniu w Aleksandrii, mieście pełnym światła i cienia.

    W książce obalasz też mity, jak w przypadku Williama Faulknera, który podobno tworzył zamknięty w stodole.

    Mówiono nam, że Faulkner wchodził do stodoły po drabinie, w jednej ręce trzymał burbona, a w drugiej plik kartek i pióro, a potem na stryszku strącał drabinę, i – dopóki nie opróżnił butelki i nie napisał tego, co zamierzał – nie schodził i nie kontaktował się ze światem. Kiedy stanęłam przed słynną stodołą, do której na emigrację wewnętrzną wybierał się niemal każdy z nas, doszłam do wniosku, że tworzenie w niej to mit. Stodoła jest tak mała, że aby do niej wejść, trzeba się schylić. Na farmie Rowan Oak dowiedziałam się za to, jakie były rytuały pisarza. Wstawał bardzo wcześnie, bo o 4.00 rano, jadł obfite śniadanie i pił czarną kawę, po czym zamykał się w swoim gabinecie – miał klamkę-gałkę, którą przekręcał i odkładał na biurku, żeby nikt mu nie przeszkadzał. Pisał od 4 do 10 godzin dziennie.

    William Faulkner.
    fot.: Marzena Mróz-Bajon

    Dom Williama Faulknera w Missisipi Rowan Oak
    fot.: Marzena Mróz-Bajon

    Czy w którymś z domów poczułaś się jak u siebie i chciałaś w nim zamieszkać?

    Spodobał mi się dom Ernesta Hemingwaya na Key West na Florydzie. To duży, przestronny dom, w karaibskim stylu, z szerokimi werandami i widokiem na ocean. Dom pełen mebli, które Hemingway przywoził z podróży. Widać, że urządziła go kobieca ręka, w tym przypadku należąca do Pauline, drugiej żony pisarza. Ręcznie malowane kafelki w łazience, kuchnia z piękną porcelaną. Powiedziałabym, że to dom szczęścia.

    Dom Ernesta Hemingwaya, Key West, Floryda
    fot.: Marzena Mróz-Bajon

    Oprócz pięknych zdjęć Twojego autorstwa, książkę wzbogacają cytaty utworów. Czy fragmenty książek i wierszy wybierałaś, kiedy miałaś już gotowy rozdział?

    Susan Sontag powiedziała, że fotografię można nawet nazwać cytatem. Przed rozpoczęciem pracy nad rozdziałem przeglądam zdjęcia z podróży. W wielu przypadkach udało mi się znaleźć cytaty, które mogą być podpisem do fotografii. Podobnie było z moimi wystawami fotograficznymi „Dolina Issy”, „Faulkner”, „Tam, gdzie rosną poziomki” – każde zdjęcie było podpisane wyimkiem z książek. Wierzę w słowo i doceniam jego moc. Fotografia też może być „słowem” i wiele nam opowiedzieć.

    Swoimi opowieściami inspirujesz czytelnika, żeby przy okazji jakiejś podróży wejść do domu ulubionego pisarza, albo… znaleźć miejsce, którego nie opisujesz w książce.

    Ta książka powstała, żeby inspirować, ruszyć śladami ulubionego autora, otworzyć drzwi jego domu. Wybierając się na wakacje warto sprawdzić, co znajduje się w okolicy, może to będzie dom pisarza, malarza albo muzyka? Na Facebooku powstał profil DomyPisarzy, gdzie czytelnicy dzielą się wrażeniami ze swoich wypraw i podpowiadają ciekawe miejsca.

    Co Tobie dały podróże śladami pisarzy?

    Nauczyłam się, że podróż uczy pokory i prowadzi tam, dokąd ona chce. Trzeba się jej poddać. Dowiedziałam się też czegoś o sobie. Okazało się, że jestem konsekwentna i uparta. Zaczęłam ten projekt kilkanaście lat temu i szczęśliwie doprowadziłam do finału.

    Bywasz niekonwencjonalna. Zamiast wejść przez bramę, wskakiwałaś przez płot do czyjejś posiadłości.

    Nie zawsze jestem grzeczna podczas podróży! Dotykam muzealnych eksponatów, wącham je, przeskakuję przez płoty, dzwonię do drzwi aż do skutku. Tak było w przypadku Witolda Gombrowicza – ten rozdział będzie w kolejnej książce. W Buenos Aires stanęłam na ulicy przed kamienicą, w której mieszkał i nacisnęłam wszystkie dzwonki, czekając, aż ktoś mi otworzy. Po dziesięciu minutach zbiegł z góry chłopak. Okazało się, że pracuje w mieszkaniu, w którym mieszkał autor „Ferdydurke”. Jak coś postanowię, to idę za tym i nie ustępuję.

    Uchyliłaś już rąbka tajemnicy i zdradziłaś, że w drugiej części zajrzysz do domu Witolda Gombrowicza w Buenos Aires. O kim jeszcze będziemy mogli przeczytać?

    W drugim tomie pojawi się Lew Tołstoj i jego Moskwa, bo nie może przecież zabraknąć autora „Anny Kareniny”. Ruszyłam śladami Josepha Conrada do Singapuru, Bangkoku, ale też Berdyczowa. Zobaczyłam Gdańsk Guntera Grassa. Pojawią się też kobiety – autorki i ich miasta: Virginia Woolf i Londyn, Karen Blixen w Kopenhadze i Simone de Beauvoir w Paryżu. Mam nadzieję, że będę mogła opisać miejsca związane z Olgą Tokarczuk.

    Więcej od autora

    Podobne artykuły

    ŚWIAT LEKARZA 3Dspot_img

    Najnowsze artykuły

    Prezes Grądkowski: „Ta ustawa może pogrążyć polskich producentów”. Posłowie uspokajają

    Założenia są bardzo dobre: ustawa ma zapewnić pacjentom bezpieczeństwo. Popieram ten postulat, jednak najwięcej wątpliwości budzą przepisy dotyczące propozycji kar. Nasza propozycja polega na dodaniu...

    Czy higiena jamy ustnej powinna zostać włączona do metod walki z COVID-19? Dzień Nitkowania – 26 listopada 2021 r.

    Nitkowanie zębów znacząco wpływa na poprawę jakości zdrowia jamy ustnej i powinno stanowić nieodłączny element codziennej higieny.Samo szczotkowanie zębów nie wystarczy, aby zapobiegać namnażaniu...

    Michał Nitka: Leki blisko pacjentów

    Europa straciła pozycję lidera w obszarze produkcji aktywnych składników farmaceutycznych w  sektorze leków generycznych. Teva, jako jeden z największych dostawców leków do europejskich  systemów  opieki zdrowotnej, dba o zaopatrzenie...

    Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

    Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D