Więcej

    Prof. Grzeszczak: Profesor, który stworzył diabetonefrologię

    Zaczęliśmy dializować chorych na cukrzycę. Początkowo jako jedyny w Polsce leczyłem tych chorych – opowiadał prof. Władysław Grzeszczak w wywiadzie do książki: „Pół wieku polskiej diabetologii. Rozmowy z Mistrzami”.

    Jak to się stało, że Pan, nefrolog, specjalista chorób wewnętrznych, zajął się diabetologią?

    Urodziłem się w Czechowicach-Dziedzicach, tam też ukończyłem szkołę podstawową i średnią. Gdy zacząłem studiować medycynę, już na pierwszym roku zapisałem się do studenckiego koła naukowego przy Katedrze Patofizjologii. Celem było poszerzenie wiedzy. Prace wykonane w kole naukowym prezentowałem na sesjach kół naukowych, uzyskując nagrody. Już jako student pierwszych lat widziałem, że studenci, którzy byli w kole nefrologicznym na sesjach kół naukowych wypadali najlepiej: zdobywali pierwsze miejsca, ich prace były najwyżej oceniane. Dlatego zdecydowałem się na IV roku studiów pójść do Koła Naukowego przy Katedrze i Klinice Nefrologii w Katowicach. Na kolejnych dwóch sesjach kół naukowych zdobyłem pierwsze miejsce.

    Po skończeniu studiów w 1978 r. znalazłem się na stażu w Klinice Nefrologii w Katowicach, której kierownikiem był wtedy prof. Franciszek Kokot. Zacząłem tam pracować  najpierw jako wolontariusz, potem od 1980 roku jako nauczyciel akademicki. Pracowałem pod okiem prof. Franciszka Kokota (wspaniałego naukowca i wspaniałego człowieka).  Pierwszą uzyskaną moją specjalizacją były choroby wewnętrzne, drugą – nefrologia. Obroniłem doktorat w 1982 r., zaś habilitowałem się w 1986 r. Byłem na licznych stażach zagranicznych.

    W 1991 roku wygrałem konkurs na stanowisko kierownika Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych i Zawodowych  w Zabrzu. Już wcześniej ustaliłem z JM Rektorem, że ponieważ znaczenie chorób zawodowych maleje i na oddziale takich chorych jest niewielu, to będę starać się uruchomić oddział nefrologii  na Wydziale Lekarskim w Zabrzu. W leczeniu chorób nerek były wtedy ogromne deficyty. Gdy zostałem kierownikiem kliniki, bardzo dynamicznie zająłem się nefrologią. Najlepiej świadczy o tym fakt, że pod koniec pierwszego roku mojego pobytu w klinice ruszyła tam stacja dializ.

    Gdy pracowałem u profesora Kokota, nie dializowaliśmy chorych, którzy mieli niewydolność nerek z powodu cukrzycy. Powodem było to, że podczas dializ trzeba było podawać heparynę. Gdy pacjenci z cukrzycą otrzymywali klasyczną heparynę, zaczynali tracić wzrok, ślepli. Pojawiało się więc pytanie: czy wolno osobę, która ma już niewydolność jednego narządu, narażać na takie powikłania? W szpitalu w Zabrzu była duża poradnia diabetologiczna, pod opieką której było kilkadziesiąt tysięcy chorych z cukrzycą. Na rynek wchodziła wówczas fragmina, niskocząsteczkowa heparyna. Miałem przesłankę, aby zająć się tym fragmentem diabetologii – uszkodzeniem nerek w przebiegu cukrzycy. Zaczęliśmy dializować chorych na cukrzycę. Początkowo jako jedyny w Polsce leczyłem tych chorych.

    Później dializoterapia u chorych z cukrzycą rozwinęła się też w innych ośrodkach. Ja z kolei coraz bardziej wciągałem się w leczenie innych powikłań. Poważnym problemem są powikłania kardiologiczne, jednak w Zabrzu był już oddział kardiologii, gdzie trafiały osoby z problemami sercowo-naczyniowymi. Mnie pozostały powikłania nerkowe, ze strony przewodu pokarmowego i narządów moczowo-płciowych. Tym głównie się zajmowaliśmy.

    Dzięki temu publikowaliśmy dużo prac, mieliśmy czym się chwalić. W związku z tym wystąpiłem do uczelni o zmianę nazwy kliniki. W 1996 roku na bazie dotychczas istniejącej Kliniki Chorób Wewnętrznych i Zawodowych powołano do życia Katedrę i Klinikę Chorób Wewnętrznych i Diabetologii, a od 2001 roku – Klinikę Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Nefrologii z Zakładem Chorób Metabolicznych Kości. Leczenie chorych na cukrzycę coraz bardziej mnie wciągało, tym bardziej, że miałem dostęp do gigantycznej ilości pacjentów. Formalnie stałem się kierownikiem poradni diabetologicznej.

    Jak wtedy wyglądało leczenie cukrzycy?

    Na rynku były tylko 2 grupy doustnych leków przeciwcukrzycowych – pochodne sulfonylomocznika i metformina. Na metforminę krzywo jeszcze wówczas patrzono, uważano, że może wywoływać  kwasicę mleczanową. Był niewielki wybór leków, które można było stosować. Weszła wtedy nowa pochodna sulfonylomocznika – diaprel.  W zasadzie leczono nim wszystkich chorych na cukrzycę typu 2.

    Jeśli chodzi o insulinę, to dostępne były tylko insuliny zwierzęce. Różnią się one 2-3 aminokwasami od insuliny ludzkiej, dlatego u wielu osób wywołują reakcje immunologiczne. Dopiero w kolejnych latach wprowadzono insuliny ludzkie, a potem analogi insulinowe. Tak więc początki były dość trudne. Wtedy na świecie nie było innych insulin.

    Stworzył pan w Zabrzu jeden z silniejszych ośrodków diabetologicznych w Polsce.

    Trafiłem na dobry grunt. Miałem na oddziale wielu młodych chętnych do pracy i rozwoju asystentów. W poradni diabetologicznej było dużo chorych. Mogłem im pomagać.

    Przez 4 lata był pan szefem Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego. Do czego Pan dążył, co się udało?

    Szefem PTD byłem od 2007 do 2011 roku. Dążyliśmy do tego, aby ułatwić refundację nowych leków przeciwcukrzycowych. Spotykaliśmy się z różnymi ministrami, posłami. Pamiętam, że w jednym roku przyjechałem do Warszawy 80 razy! Najgorsze było to, że nie przełożyło się to na refundację nowych leków.

    Druga rzecz, o którą się starałem, to liczba prac naukowych zgłaszanych przez  poszczególne jednostki w Polsce na zjazdy PTD. Udało się ją znacząco zwiększyć.

    Trzecia rzecz: razem z prof. Jackiem Sieradzkim zaczęliśmy organizować tzw. konferencje karpackie, jak gdyby filię zjazdów PTD. Początkowo zjazdy PTD odbywały się co 2 lata, ja zaś uważałem, że powinny odbywać się raz w roku. Konferencje karpackie odbywały się w okresach między zjazdami.

    Czwarta rzecz: stworzyłem system grantów. Przyjmowaliśmy propozycje od poszczególnych osób i jednostek, a następnie komisja rozdzielała granty. Były one warte kilkaset tysięcy złotych, dawaliśmy je grupom naukowym, lekarzom, aby mogli popracować nad danym tematem naukowym. Granty nie były bardzo dużej wysokości, ponieważ finansowaliśmy je ze składek PTD oraz z tego, co wpłacały firmy, jednak wiele osób było nimi zainteresowanych.

    W czasie mojej prezesury wzrosła też liczba członków PTD. To również uważam za jeden z sukcesów.

    Prof. Jacek Sieradzki wspomniał, że konferencje karpackie organizował raz on, raz Pan. Czym konferencje karpackie różniły się od konferencji towarzyszących zjazdowi PTD?

    Gdy w 2001 roku byłem wiceprezesem PTD, a prof. Jacek Sieradzki prezesem, doszliśmy do wniosku, że zgodnie ze statutem nie można co roku organizować zjazdu PTD, dlatego zrobimy co drugi rok karpacką konferencję diabetologiczną. Ustaliliśmy, że będzie ona na zmianę organizowana przez dwie jednostki –  kierowaną wówczas przez prof. Jacka Sieradzkiego Klinikę Chorób Metabolicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, oraz przez moją klinikę. To  bardzo dobrze się udało. Założenie Karpackich Konferencji Diabetologicznych były nieco inne niż zjazdu PTD. Podczas konferencji karpackich opieraliśmy się głównie na pracach poglądowych, natomiast na zjeździe – na pracach oryginalnych. Konferencje karpackie przyciągały wiele osób ze względów praktycznych: zagadnienia omawialiśmy problemowo, poruszano wiele aspektów leczenia cukrzycy. Organizowaliśmy te konferencje na zmianę co dwa lata.

    Gdy prof. Jacek Sieradzki przeszedł na emeryturę, kierownikiem kliniki został prof. Maciej Małecki, który nie był fanem takiego rozwiązania. W 2002 roku ja organizowałem I Karpacką Konferencję Diabetologiczną w Szczyrku, w 2004 – prof. Sieradzki w Zakopanem; w 2006 – ja w Wiśle, w 2008 prof. Sieradzki w Krakowie; w – 2010 ja w Wiśle i w 2012 też ja w Karpaczu. Potem postanowiono, że konferencja karpacka przekształci się w zjazd PTD, który teraz jest organizowany co roku. Tak więc konferencje karpackie zakończyły się w 2012 roku. Choć – muszę powiedzieć – liczba uczestników konferencji karpackich była nawet większa niż liczba uczestników zjazdu PTD.

    Z kolei pan od wielu lat organizuje konferencje diabetologiczne w Zakopanem. Na czym polega ich specyfika?

    Początkowo odbywały się one w Wysowej Zdroju,  potem w  Szczyrku, a teraz w Zakopanem. Jak wspominałem, od początku mojej pracy w Zabrzu zacząłem leczyć chorych na cukrzycę metodą hemodializy. Część chorych była leczonych metodą dializy otrzewnowej. Udało mi się porozumieć z dyrektorem uzdrowiska Wysowa-Zdrój, że on dla naszych chorych rezerwuje miejsca. Wysyłałem 20 chorych dializowanych otrzewnowo, a także lekarza z naszej kliniki, który ich szkolił, w jaki sposób przeprowadzać dializy. To dało znakomite efekty, ponieważ chorzy byli dobrze wyszkoleni, nie dochodziło więc do powikłań. Od 1993 roku katedra i klinika, którą kierowałem, podjęła się prowadzenia Ośrodka Naukowo-Badawczego Cukrzycy w Wysowej Zdroju, zaś od 1994 roku – Sanatoryjnego Oddziału Ciągłej Ambulatoryjnej Dializy Otrzewnowej w Wysowej (to jedyny tak sprofilowany oddział w kraju).

    Gdy zaczęło to funkcjonować, doszedłem do wniosku, że trzeba zorganizować sympozjum i omówić zagadnienia z tym związane. W 1993 roku zorganizowałem sympozjum pierwszy raz. Początkowo zakres tematyczny był niewielki, a liczba uczestników ograniczona, jednak po kilku latach okazało się, że Wysowa już jest za mała na organizację takiej konferencji. Przenieśliśmy się do Szczyrku, a po kilku latach do Zakopanego. Początkowo sympozja organizowałem co 2 lata, a teraz już regularnie co roku odbywają się w Zakopanem sympozja diabetologiczne „Postępy w diagnostyce i terapii cukrzycy”.

    Czym Pana sympozja różnią się od konferencji karpackich i konferencji zjazdu PTD?

    W Zakopanem jest zawsze jeden i ten sam organizator, czyli ja. Mam pewną wizję, którą mogę realizować, sam zapraszam wykładowców. Za każdym razem mówimy o cukrzycy, jednak staramy się poruszyć najważniejsze problemy, które w danym momencie. Podczas najbliższego sympozjum we wrześniu 2019 r. jednym z wiodących tematów będą powikłania ze strony przewodu pokarmowego u chorych na cukrzycę. Jest to zagadnienie słabo znane, lekarze nie zwracają na to często uwagi. Drugim ważnym tematem będzie starzenie się społeczeństwa, a więc leczenie cukrzycy w wieku podeszłym. Będzie też moja sesja dotycząca powikłań nerkowych. Ponieważ powikłania sercowo-naczyniowe są najważniejszymi powikłaniami u chorych na cukrzycę, to będą im poświęcone dwie sesje. Chcemy również mówić o powikłaniach ocznych. Na ten rok uznałem, że taka tematyka będzie interesująca.

    Rozumiem, że Pana sympozja diabetologiczne różnią się od innych organizowanych konferencji…

    Nie ukrywam, że chcę mieć coś swojego, o czym ja decyduję. Konferencje w Zakopanem cieszą się dużym zainteresowaniem.

    Co pan uważa za swój największy sukces zawodowy?

    Po pierwsze: stworzenie dializoterapii u chorych na cukrzycę. Po drugie, przekonanie wielu osób w Polsce i zagranicą, że jest to dobra metoda, dzięki której można chorym z niewydolnością nerek wydłużyć życie i poprawić jego jakość. Gdy zaczynałem zajmować się diabetologią, takie leczenie praktycznie nie było stosowane – ani w Polsce, ani zagranicą.

    Nie obawiał się pan, że może jednak dojść do powikłań ze strony oczu?

    Bałem się. Natomiast badania z użyciem drobnocząsteczkowych heparyn pokazywały, że takich powikłań nie powinno być. Uwierzyłem, że takie leczenie może zakończyć się sukcesem.

    Zmiany robi się dla pacjentów. Pamięta Pan swoich szczególnych?  

    Oczywiście, codziennie z nimi obcuję. Mam pacjentkę, która była tu pierwszą osobą poddaną dializom. Jest pacjentką już od 27 lat: cały czas jest dializowana.

           Pamiętam też chorego z cukrzycą typu 1, który – kiedy go poznałem – był już niewidomy z powodu powikłań cukrzycy i przyjechał na dializę. Gdy pojawił się w klinice po raz pierwszy, miał 40 stopni C. Podaliśmy mu antybiotyk, ale nie było poprawy. Przyjechał na kolejną dializę, również miał gorączkę. Oglądałem go ja, oglądali inni lekarze, nie mogliśmy jednak stwierdzić, jaka jest przyczyna gorączki. Zabrałem go do osobnego pomieszczenia, poprosiłem, żeby się rozebrał. Okazało się, że w stopie miał wbite okrągłe ostrze od maszynki elektrycznej do golenia: było zupełnie przykryte skórą. On miał tak duży stopień neuropatii cukrzycowej, że w ogóle nie czuł bólu! Usunęliśmy to ostrze i wyleczyliśmy z zakażenia.

              Pamiętam też chorego na cukrzycę, który był dializowany w Grecji. To był początek lat 90. Pojechał tam do pracy.  W czasie pobytu w Grecji rozwinął krańcową niewydolność nerek. Grecy zaczęli go dializować, ale oczywiście postanowili go wysłać do Polski. W ministerstwie pracowała wtedy pani dyrektor Marciniak, z którą miałem bardzo dobre układy, wiele razy pomagała mi rozwiązywać różne sprawy w ministerstwie. Poprosiła, żebym zajął się tym chorym. Zgodziłem się. Przyjęliśmy go i dializujemy do dziś. Przeszedł różne trudne chwile, ponieważ był alkoholikiem, uszkodził drastycznie wątrobę, miał wodobrzusze. Udało nam się zniechęcić go do picia. Co ciekawe, wątroba ma bardzo duże możliwości regeneracyjne, on już nie ma wodobrzusza.

               Inna moja pacjentka: Beata. W jej rodzinie wszyscy mieli cukrzycę i szybko rozwijała się u nich nefropatia. Brat Basi zmarł w młodym wieku. Ona w 5. roku życia zachorowała na cukrzycę, a już w 11. roku życia była dializowana. Początkowo leczyłem ją na oddziale pediatrycznym, gdzie byłem konsultantem, a odkąd skończyła 18 lat, leczyła się już w mojej klinice. Jest dializowana do dzisiaj. Natomiast w międzyczasie miała trzy transplantacje nerek. Po pierwszej nowa nerka funkcjonowała 2-3 lata; druga również działała bardzo krótko. Trzecią transplantację przeprowadzaliśmy w naszym szpitalu – nerka funkcjonowała przez 10 lat. Teraz Beata znów jest dializowana. Próbujemy namówić ją na czwartą transplantację, jest na liście oczekujących. Ma prawie 40 lat; prawie całe życie miała dializy.

    Dużo osób miało tak poważne powikłania?

    Bardzo dużo. Przy pomocy hemodializ w Klinice jeszcze w 2002 roku leczono 120 chorych, a oprócz tego 50-60 chorych metodą dializy otrzewnowej. Niestety, kolejnemu dyrektorowi szpitala nie za bardzo to się podobało, ponieważ dializy były nisko wycenione przez NFZ i przynosiły szpitalowi straty. Chorych przeniesiono więc do prywatnego ośrodka (z kontraktem NFZ), który również mnie zatrudnił, dlatego nadal leczyłem tych chorych. Obecnie w tej niepublicznej stacji leczy się z góra 200 chorych – to obecnie druga co do wielkości stacja dializ w Polsce. W szpitalu mam małą stację dializ: dla 30-40 chorych. Obecny dyrektor szpitala chce, bym to rozwijał. Na dializach szpital zarabia, gdy wykonuje powyżej 5 tysięcy zabiegów rocznie. Ja wykonywałem ich w szczytowym okresie 20 tysięcy rocznie.

                W latach 90. wyceny były niskie i możliwości leczenia także, dlatego dializowaliśmy w Polsce zaledwie 15-20 proc. potrzebujących chorych. A to znaczy, że 80 proc. umierało w ciągu 4-6 tygodni. Mieliśmy komisję, która zbierała się i decydowała, komu dać leczenie. Na jedno miejsce zwykle było czterech kandydatów do dializ. Musieliśmy wybrać jedną osobę; trzem pozostałym mogliśmy właściwie od razu wypisać kartę zgonu. Mieliśmy młodą matkę, osobę starszą i osobę z wieloma posłaniami; co było robić: wybieraliśmy młodą matkę. Obecnie dializuje się już wszystkich, którzy tego potrzebują. W tej chwili możliwości są tak duże, a refundacja dobra, tak więc w zasadzie to ośrodek czeka na chorego.

    Teraz też zdarzają się poważne powikłania stopy cukrzycowej, jak u tego pacjenta z wbitym i zarośniętym skórą ostrzem?

    Stopa cukrzycowa jest bardzo poważnym powikłaniem, niestety nadal często występującym. 10 lat temu prowadziłem poradnię stopy cukrzycowej, było to jednak słabo finansowane przez NFZ, dyrektor był bardzo temu przeciwny i w końcu poradnia została zlikwidowana. Taka poradnia jest bardzo potrzebna, natomiast za leczenie chorych NFZ musi zapłacić.

    Leczy pan głównie osoby z Zabrza i okolic, dzielnice robotnicze. To nie Warszawa, Poznań czy Kraków. Często przychodzą osoby nadal z poważnymi powikłaniami cukrzycy?

    Tak, i często są to osoby często zaniedbane. Codziennie przychodzą do nas z sąsiedniej ulicy mieszkający tam cyganie. Ilość powikłań cukrzycy u nich jest porażająca. Poważnych powikłań jest bardzo dużo.

              Jeśli chodzi o powikłania nerkowe, to procentowo ich liczba spada. Chorzy są dziś lepiej leczeni, mają lepsze insuliny. Natomiast drastycznie wzrasta w ogóle liczba chorych na cukrzycę. Być może, gdyby liczbę powikłań przeliczyć na tysiąc, to będzie ich mniej, jednak chorych jest coraz więcej. Nowe leki, bardziej skuteczne, niewiele zmieniają, bo może ok. 20 proc. chorych kupuje nowe leki. 80 proc. nie kupuje, bo ich na to nie stać.

              Liczba chorych na cukrzycę dramatycznie wzrasta. W 1995 roku na świecie było 135 mln osób chorujących na cukrzycę, obecnie to już 500 mln osób. W Polsce ten wzrost też jest bardzo duży: mamy ok. 3 mln chorych, z czego ok. 2,2-2,3 mln leczymy. Cukrzycę typu 2 rozpoznaje się 8-10 lat po rozpoczęciu choroby, gdy powikłania już są rozwinięte. Liczba osób chorych rośnie, niestety nasze państwo nic z tym nie robi. Należałoby wprowadzić w szkołach edukację zdrowotną, uczyć zdrowego trybu życia, w telewizji w godzinach największej oglądalności nie reklamować niezdrowego jedzenia. Niezdrowe napoje są tanie, obłożone niskim podatkiem. Powinny być drogie, co zniechęcałoby ludzi do ich kupowania.

    Wspominał pan, że gdy był pan szefem PTD, walczyliście o refundację nowych leków. To te same leki, o których refundację dziś też występuje PTD?

    Tak, to są cały czas te same grupy leków: inkretyny, DPP4, blokery SGLT2 – cały czas polscy chorzy nie mają ich w refundacji. Jeżeli chodzi o cukrzycę typu 2, to nasze państwo nie refunduje żadnych nowych leków przeciwcukrzycowych. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, w którym dostęp do nowych leków jest tak słaby. W Polsce większość chorych leczymy tak samo jak w roku 1957. Wtedy na rynku była metformina, sulfonylomocznik i insulina. To samo mamy do dyspozycji dziś, choć wszelkie standardy leczenia cukrzycy przewidują stosowanie nowych leków już od pierwszych stadiów choroby.

    Wierzy pan, że cukrzyca w najbliższych latach zostanie wyleczona?

    Nie sądzę. Będzie jej za to dużo więcej.

    Mówił pan o sukcesach zawodowych. A pozazawodowe? Z czego jest pan dumny?

    Mam cudowną żonę, córkę, wnuczkę. Dużo podróżuję, zwiedziałem cały świat. Moimi pasjami są podróże i religioznawstwo. Czytam dużo książek.

    Prof. dr hab. Władysław Grzeszczak ukończył Wydział Lekarski Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach w 1978 r., doktorat obronił w 1982 r., habilitował się w 1986 r., a w 1993 r. otrzymał tytuł profesora. Uczeń prof. dr. hab. n. med. Franciszka Kokota, w którego Klinice pracował do 1991 r., następnie został kierownikiem Kliniki w Zabrzu. Obecnie jest to Katedra i Klinika Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Nefrologii, jednostka Wydziału Lekarskiego z Oddziałem Lekarsko-Dentystycznym w Zabrzu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Katedra prowadzi aktywną współpracę z zagranicznymi ośrodkami naukowymi, m.in. w uniwersytetach medycznych w Bostonie, Heidelbergu, Glasgow, Manchester i Washington.

    Jako kierownik Katedry i Kliniki prof. Grzeszczak zorganizował:

    – Oddział hemodializoterapii, w którym są leczeni m.in. chorzy z terminalną niewydolnością nerek na tle nefropatii cukrzycowej,

    Program leczenia ciągłą ambulatoryjną dializą otrzewnową i automatyczną dializą otrzewnową chorych z terminalną niewydolnością nerek, w tym głównie chorych na cukrzycę,

    – Pracownię badań genetycznych, w której są prowadzone badania nad genetycznym podłożem niewydolności nerek, cukrzycy i jej powikłań oraz nadciśnienia tętniczego,

    – Pracownię badań densytometrycznych,

    – Pracownię diagnostyki nadciśnienia tętniczego.

    W 1999 r. z jego inicjatywy, przy współpracy z Kliniką Chirurgii Ogólnej, Naczyniowej i Urazów Klatki Piersiowej w Bytomiu, Klinika Chorób Wewnętrznych i Diabetologii w Zabrzu rozpoczęła realizowanie programu transplantacji nerek.

    Jest autorem lub współautorem ok. 1200 prac opublikowanych w pismach zagranicznych i krajowych, 7 książek, 20 rozdziałów w książkach, promotorem 58 przewodów doktorskich i 6 habilitacyjnych. Pod jego kierunkiem 4 osoby uzyskały tytuł profesora (E. Żukowska-Szczechowska, K. Strojek, J. Gumprecht, W. Pluskiewicz). Otrzymywał wielokrotnie nagrody Ministra Zdrowia, nagrody J.M.Rektora ŚUM). Był prorektorem ds. klinicznych ŚUM w latach 1996-99, członkiem Senatu ŚUM, w latach 1995-1999 był konsultantem regionalnym ds. diabetologii (woj. katowickie, częstochowskie, bielsko-bialskie i opolskie), w latach 2003-2011 Przewodniczącym Zespołu Ekspertów ds. „Zaleceń dotyczących leczenia chorych na cukrzycę”, członkiem Zespołu Ekspertów powołanych przez Ministerstwo Zdrowia ds. opracowania Narodowego Programu Walki z Cukrzycą. Był również zastępca prezesa Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego w latach 2001-2007, prezesem Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego w latach 2007-2011, członkiem Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego w latach 1995-2015.

    Pełnił funkcję redaktora naczelnego Diabetologii Doświadczalnej i Klinicznej (2001-2011), Annales Academiae Medicae Silesiensis (2003-2014) i Diabetologii po Dyplomie (2005-2014). Aktualnie jest członkiem Rady Naukowej Przeglądu Lekarskiego, Nefrologii i Dializoterapii Polskiej, Diabetologii Klinicznej, Chorób Serca i Naczyń, Nefrologii i Nadciśnienie Tętniczego, Medycyny Praktycznej.

    Był też odznaczony srebrnym i złotym Krzyżem Zasługi oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

    Klinika Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Nefrologii w Zabrzu, którą kieruje od 1991 r. prof. Władysław Grzeszczak, znajduje się w zabytkowym szpitalu, którego początki sięgają XIX wieku. Szpital powstał dzięki górniczej kasie chorych i był początkowo przeznaczony głównie dla górników. 

    Po II wojnie światowej szpital stał się zapleczem klinicznym Akademii Lekarskiej, powstałej w 1948 r. w Rokitnicy Bytomskiej. W 1950 r. na bazie szpitala powołano pierwszy Państwowy Szpital Kliniczny, w którym m.in. znalazła się Katedra i Klinika Chorób Wewnętrznych Śląskiej Akademii Medycznej, później przemianowana na Katedrę i Klinikę Chorób Wewnętrznych i Zawodowych. Później w nazwie katedry i kliniki znalazła się diabetologia i nefrologia.

    Prof. Krzysztof Strojek*: „Objęcie przez prof. Władysława Grzeszczaka kierownictwa kliniki niezwykle zdynamizowało jej pracę. Miałem przyjemność w tym uczestniczyć. Dzięki panu Profesorowi, który otworzył mi szerokie możliwości rozwoju – praktycznie nieograniczone – w ciągu 5 lat zostałem doktorem habilitowanym, a w ciągu kolejnych 5 lat otrzymałem nominację profesorską. Przychodząc do kliniki, postawił sobie za cel stworzenie najsilniejszego ośrodka diabetologicznego w Polsce. Udało mu się to w pełnym zakresie. Wychował całą rzeszę doktorów, doktorów habilitowanych, profesorów. Pracownicy naszej kliniki opublikowali wiele artykułów w renomowanych czasopismach naukowych. Profesor dawał każdemu pełną możliwość rozwoju, nigdy niczego nikomu nie zabraniał, nie hamował. Jedyną cechą, która w jego oczach nie znajdowała uznania, była mała chęć do pracy i brak parcia w kierunku własnego rozwoju. Tego nie tolerował.”

    Prof. Edward Franek*: „Od prof. Grzeszczaka nauczyłem się szybkiego podejmowania decyzji, i staram się tak robić, jeśli to tylko możliwe, bo wiem, jakie to jest ważne dla ludzi, żeby nie być w sytuacji „zawieszenia” w oczekiwaniu na jakąkolwiek decyzję.

    Chciałbym opowiedzieć pewną anegdotkę o prof. Grzeszczaku. W tamtych czasach my, lekarze, pracowaliśmy od godziny 8 do 14, a nasi przełożeni z prof. Kokotem o 7 rano zaczynali odprawę laboratoryjną, o 15 mieli odprawę kończącą, ale pracy na tym tak naprawdę nie kończyli. Często jak się przychodziło wieczorem do kliniki, to u prof. Kokota, prof. Grzeszczaka, prof. Więcka świeciło się jeszcze światło. Ja, jako ambitny młody lekarz, też długo siedziałem w klinice. Ale nie tylko pracowałem. Wtedy była era pierwszych komputerów i pierwszych gier komputerowych. Pewnego wieczora siedziałem na dyżurce i grałem w taka grę Dig Dug (elektroniczny wąż sunął po ekranie „zjadając” różne rzeczy) i nagle wszedł prof. Grzeszczak. Chciałem oderwać się od komputera, a on do mnie: „Proszę grać”, więc grałem sobie dalej. Profesor obserwując moją grę dodał: „Widzę, że pan ma w sobie taką chęć zwycięstwa, myślę, że pan się przebije w tej medycynie”. No i trochę się przebiłem, a teraz patrzę na młodych lekarzy w różnych sytuacjach i oceniam ich nie tylko na podstawie tego, co umieją, ale jak się zachowują, jak – że się tak w cudzysłowie wyrażę – „grają w Dig Duga”. I też widzę, czy się przebiją, czy nie (uśmiech).”

    (*Źródło: Władysław Grzeszczak – Profesor z charyzmą, Świat Lekarza)

    Rozmawiała: Katarzyna Pinkosz. Wywiad pochodzi z książki: Agnieszka Fedorczyk, Katarzyna Pinkosz, Leszek Czupryniak, Pół wieku polskiej diabetologii. Rozmowy z Mistrzami

    blank

    Więcej od autora

    Katarzyna Pinkosz
    Katarzyna Pinkosz
    Dziennikarka medyczna, z-ca redaktora naczelnego Świat Lekarza, redaktor naczelna swiatlekarza.pl i redaktor prowadząca Świat Lekarza 3D, laureatka wielu dziennikarskich nagród i wyróżnień, m.in. Kryształowe Pióro, Sukces Roku w Medycynie, Dziennikarz Medyczny Roku, Złoty Otis. Autorka książek, m.in. "Wybudzenia. Polskie historie", "O dwóch takich. Teraz Andy", "Zdrowe dziecko? Naturalnie!", współautorka książki "Pół wieku polskiej diabetologii. Rozmowy z Mistrzami".

    Podobne artykuły

    ŚWIAT LEKARZA 3Dspot_img

    Najnowsze artykuły

    Włodzimierz Pytkowski: twórca statuetek Nagrody Zaufania Złoty OTIS i Semper Idem

    Wyjątkowe statuetki Nagrody Zaufania Złoty OTIS i Semper Idem zaprojektował oraz stworzył wybitny rzeźbiarz Włodzimierz  Pytkowski.

    Dr hab. Magdalena Trzeciak: Ciężką postać AZS możemy leczyć skuteczniej, tylko musimy mieć czym

    Leczenie ciężkiego przebiegu AZS jest rzeczywistym wyzwaniem. Dostępne dotąd opcje leczenia ciężkiej postaci AZS nie odpowiadają na potrzeby pacjentów i lekarzy - mówi dr hab. n. med. Magdalena Trzeciak, prof. GUM.

    Prof. Lesiak: Emolienty plus dla bardzo wymagającej skóry

    Nawet najlepsze leczenie biologiczne nie zadziała bez emolientów, które są nieodłączne w terapii AZS - mówi prof. Aleksandra Lesiak, dermatolog z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

    Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

    Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D