DOŁĄCZ DO SUBSKRYBENTÓW

NEWSLETTERA

Minimum interwencji, maksimum korzyści

Podziel się treścią:

 

Jako pierwszy w Polsce wprowadzał innowacyjne metody leczenia, jest autorem niezliczonej liczby prac i publikacji naukowych oraz wychowawcą wielu pokoleń lekarzy dentystów – z prof. dr. hab. n. med. Stanisławem Suliborskim rozmawia Rafał Natorski

Szacuje się, że nawet co drugi Polak cierpi na dentofobię. Czy pan jako dziecko bał się wizyt u dentysty?

Raczej nie. Miałem to szczęście, że rodzice mieli zaprzyjaźnionego stomatologa, który jak na tamte czasy miał bardzo nowoczesny gabinet, ze sprzętem, którym nie dysponowała nawet Akademia Medyczna w Łodzi, gdzie później studiowałem. W dodatku po ojcu genetycznie odziedziczyłem mocne zęby i nie musiałem zbyt często bywać u dentysty.

Dlaczego zdecydował się pan poświęcić leczeniu zębów?

Trochę z przypadku. W szkole byłem dość przeciętnym uczniem, ale ojciec, świetny chirurg, miał ambicję, bym został jego kontynuatorem. Po maturze zdałem egzamin na wydział lekarski łódzkiej Akademii Medycznej, ale czasy były takie, że zabrakło mi tak zwanych punktów za pochodzenie. Dostałem jednak możliwość rozpoczęcia nauki na wydziale stomatologicznym, z perspektywą przeniesienia później na wydział lekarski. Stomatologia okazała się tak zajmująca, że szybko porzuciłem plany zostania chirurgiem. Wkrótce po ukończeniu studiów otrzymałem propozycję asystentury w zakładzie protetyki i tak zaczęła się moja przygoda. Choć nie lubię się chwalić, do dziś uważam, że nie byłbym tak dobrym chirurgiem jak stomatologiem.

Ma pan pełne prawo do chwalenia się osiągnięciami, bo ich lista jest naprawdę imponująca. Z czego jest pan szczególnie dumny?

Trudne pytanie. Przez te wszystkie lata musiałem przełamywać szereg barier, także organizacyjnych. Nie brakowało ich choćby przy tworzeniu Instytutu Stomatologii Akademii Medycznej w Łodzi. Opracowywałem jego koncepcję, bo mój ówczesny szef, prof. Włodzimierz Józefowicz uznał, że jestem najlepszym architektem wśród stomatologów. Spędziłem nad planami wiele nocy, bo marzyłem o placówce na miarę XXI wieku, choć był początek lat 90. Wdrożyłem tam zasady ergonomii stomatologicznej, której nauczanie wprowadziłem jako pierwszy w Polsce, będąc kierownikiem Zakładu Propedeutyki i Diagnostyki Stomatologicznej. Wcześniej lekarz stał nad pacjentem siedzącym w fotelu, nie dysponując unitem, dziś kluczowym elementem wyposażenia każdego gabinetu. Marzyłem, żebyśmy pracowali jak świat zachodni. Kupiliśmy unity jugosłowiańskie, a moi asystenci zaczęli nosić maseczki i rękawiczki, oczywiście siedząc przy leżących w fotelach pacjentach. Dziś to oczywiste, wtedy było przełomem.

Przełamywał pan też inne bariery, choćby w dziedzinie stomatologii odtwórczej.

Już w czasie studiów nie podobała mi się obowiązująca wówczas jeszcze XIX-wieczna metoda, której twórcą był Greene Vardiman Black. Zakładała, że należy usuwać nie tylko zmienione chorobowo tkanki zęba, ale także otaczające je zdrowe, co miało zapobiec rozwojowi próchnicy wtórnej. Powodowało to spustoszenie w tkankach twardych, a one przecież się nie odradzają. Marzyłem, by mieć do dyspozycji materiał, który można będzie „naciągnąć” na ząb bez jego szlifowania, a następnie tylko utwardzić. Takim materiałem okazały się kompozyty, których zestaw przywiózł z konferencji w Stanach Zjednoczonych prof. Józefowicz. Był początek lat 70. Zacząłem stosować techniki adhezyjne, kierując się stworzoną przez siebie zasadą: odtwarzać to, co jest zniszczone, a pozostawiać to, co zdrowe. Hasło to propagowałem podczas licznych spotkań i wykładów w całej Polsce. Przekazywałem lekarzom własne doświadczenia kliniczne, ale początkowo nie wszystkich to przekonywało. Trudno bowiem zmieniać nawyki i przyzwyczajenia.
Później moim konikiem stała się stomatologia estetyczna, którą, jako przedmiot nauczania, wprowadzałem do programu dydaktycznego łódzkiego Uniwersytetu Medycznego. Także w tej dziedzinie koncentrowałem się na tym, by ingerencja lekarska była jak najmniej inwazyjna zgodnie z moją metodą Mini-Max, czyli minimum interwencji, maksimum korzyści. Jako pierwszy w Polsce, blisko 30 lat temu, wprowadziłem do praktyki klinicznej licówki porcelanowe, które często są użytkowane do dziś. Od kilku lat wcielam w życie „stomatologię odtwórczą jednego dnia”, czyli odbudowę ceramiczną zęba podczas jednej wizyty.
Zdarzały się też porażki. Za największą uznaję działalność w roli konsultanta wojewódzkiego z zakresu protetyki stomatologicznej. Musiałem wtedy przede wszystkim wysłuchiwać skarg pacjentów mających pretensje do lekarzy, którym praca nie najlepiej wyszła. Ze smutkiem muszę przyznać, że 90 proc. pacjentów miało rację.

Budzące strach gabinety dentystyczne, kojarzące się z bólem i dyskomfortem, to już zamierzchła przeszłość. Współczesna stomatologia zapewnia komfortowe warunki leczenia. Jednak wielu Polaków wciąż unika wizyt u specjalisty, czego konsekwencją są smutne statystyki, z których wynika, że blisko 90 proc. mieszkańców naszego kraju zmaga się z próchnicą. Dlaczego tak się dzieje?

Moim zdaniem wynika to z zaniedbań systemowych. W przedszkolach i szkołach brakuje profilaktyki, zaniedbuje się leczenie wstępnych uszkodzeń u osób w młodym wieku, które w efekcie szybko tracą zęby stałe. Dorośli często unikają wizyt u dentysty z powodów finansowych, ponieważ NFZ nie refunduje nawet wielu podstawowych zabiegów. Podczas podróży po Polsce i rozmów z ludźmi z przerażeniem obserwuję, jak wiele osób ma ubytki w uzębieniu, niespecjalnie się tym przejmując. Mam nadzieję, że rządzący wreszcie zaczną działać w tym temacie i wprowadzą rozwiązania, dzięki którym już dzieci będą mogły zrozumieć, jak ważna jest troska o zęby.

Niektórzy jednak podchodzą do tej troski w sposób, łagodnie mówiąc, kontrowersyjny. Chodzi mi o modę na „tureckie zęby”, czyli wyjazd do Turcji na rozległą odbudowę protetyczną, która ma zapewniać piękny, hollywoodzki uśmiech. Co pan o tym sądzi?

To straszne. W naszej klinice pojawiają się osoby, które odbyły taką podróż stomatologiczną. Przychodzą okaleczeni, bo w Turcji stosuje się bardzo drastyczne metody – zęby zostają mocno oszlifowane, a korony nakłada się bardzo głęboko, co może powodować problemy z przyzębiem czy zaburzenia zgryzu. Oczywiście tam też są świetni specjaliści stosujący nowoczesne techniki, ale nie brakuje też lekarzy, którzy pracują dla pieniędzy, a nie pacjentów. Pamiętajmy, że w stomatologii błędy lekarskie zwykle nie ujawniają się następnego dnia, ale często po miesiącach czy latach, gdy zmiany stają się nieodwracalne, co kończy się utratą własnych zębów. Niestety także w naszej dziedzinie pojawiają się mody. Nadużywa się choćby implantów. Wystarczy, że ząb jest trochę uszkodzony, by niektórzy od razu chcieli go usuwać i zastępować sztucznym. Ciągle powtarzam, że własne zęby są wartością, której należy bronić do końca.

Jak pan widzi przyszłość stomatologii?

Trudno przewidzieć, bo jak wszystkie dziedziny medycyny rozwija się ona błyskawicznie. Oczywiście marzeniem jest znalezienie sposobu na uaktywnienie organizmu do produkcji trzecich zębów, by w przypadku utraty stałego wyrósł w jego miejsce nowy. Na razie jest to jednak w sferze idei. Podobnie jak całkowite wyeliminowanie próchnicy. Nawet na naszej uczelni były prowadzone prace nad szczepionką, która zapobiegałaby tej chorobie. Niestety bez sukcesu, ale zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Rafał Natorski
Rafał Natorski
Wieloletni dziennikarz związany m.in. z Gazetą Wyborczą, Życiem Warszawy, Wirtualną Polską. Redaktor naczelny i prowadzący wielu tytułów i wydań, copywriter, obecnie CEO agencji medialnej REMEDIA (z Ewą Podsiadły-Natorską).

Więcej od autora

Chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata medycyny?

Zaprenumeruj bezpłatnie ŚWIAT LEKARZA 3D